Kroniki Mutantów

Kroniki Mutantów

Film reżyserii Simona Huntera przenosi nas około 700 lat w przyszłość. Świat w nim przedstawiony podzielony został na 4 ogromne korporacje zarządzające światem; „Capitol” zarządzający obiema Amerykami oraz Zachodnią Europą, „Bauhaus” władający północną Afryką oraz północną Azją jak i Europą Wschodnią, „Imperial” sprawujący władzę w południowej Afryce oraz na końcu „Mishima” w swych rękach sprawująca pieczę nad połową Azji oraz Australią.

Korporacje te od lat prowadzą walkę między sobą. Jej celem jest znany i popularny wśród twórców postapokaliptyki już powód: surowce. Pomimo wielu lat zażartej, krwawej jatki i wielkich zniszczonych połaci ziemi walka wciąż trwa. I nagle, co mnie jako oglądającemu niezbyt się spodobało, naszym oczom pokazany zostaje straszny i oczywiście śmiertelnie niebezpieczny sekret.

Tysiące lat temu w rejonach wschodniej Polski czy tam zachodnich Niemiec zakopano tajemniczą Machinę. Oczywiście, nie wiadomo kto ją stworzył, dlaczego i co robiła. Wiadomym było jednak, że sprowadzała wielkie zło na powierzchnię. Jak mówi legenda wiele lat temu ludzkość stanęła w obliczu tego zła. W wyniku koszmarnej walki z bliżej nam nieznanymi istotami, które ta rzecz sprowadziła wielu zginęło. Ale jak zawsze - udało nam się! Tajemnicza Machina została zakopana głęboko w Ziemi, a ludzkość o niej zapomniała. Pozostały tylko Kroniki, ręcznie spisana księga dokładnie opisująca ówczesną wiedzę ludzkości na temat tego tworu. Zawarto w nie też przepowiednię. Wedle niej ludzkość z przyszłości znów stanie w obliczu zagrożenia. I co mnie ponownie wcale nie zaskoczyło, nie poradzimy sobie z nim. Ha! Ale znów nie wszystko stracone. Przepowiednia ta zawiera także dającą nadzieję wiadomość. Radujcie się i z odwagą stańcie naprzeciw nowemu dniu, niedługo bowiem nadejdzie Wybraniec! O nieznanej tożsamości zniszczy piekielne urządzenie tym samym pokonując krwiożerczych wrogów ludzkości i uratuje nas wszystkich!

Typowe.
Opowieść cóż, zła sama w sobie nie jest. Ku mej rozpaczy jednak podczas oglądania zauważałem, że perfidnie opiera się na utartych już i wyeksploatowanych do granic możliwości schematach. Jakich się zapytacie? Cóż, ile już razy doświadczaliśmy ratowania całej ludzkości przez jednego człowieka? Ba. Nieludzką istotę, na której najstraszniejsze nawet cierpienia nie odcisną najmniejszego piętna, osobę samotnie stawiającą czoła całej armii przeciwnika, w końcu wychodząca z opresji jako jedyna żywa, by na końcu filmu z hollywoodzkim uśmiechem twardziela zapalić markowego, oczywiście ostatniego w paczce papierosa?

Kolejną rzeczą, na jakiej chciałbym skupić uwagę jest ścieżka dźwiękowa filmu. Skomponowana przez Richarda Wellsa nie odbiega od przeciętnego poziomu. Jest to typowy soundtrack’owy instrumental momentami podnoszący na duchu innymi chwilami patetyczny i wyniosły. Spodobał mi się, acz nie na tyle by okazać mu specjalne względy.

Gra aktorska także nie jest najgorsza i za bardzo nie ma się tu czego czepiać. Aktorzy całkiem dobrze odgrywają powierzone im role. A jako ciekawostkę mogę podać, co z pewnością zainteresuje fanów gry Fallout, narratorem opowieści i jednym z najważniejszych aktorów jest Ron Perlman. Zagrał dobrze, a jako narrator, cóż, Falloutowi „fanboy’e” z pewnością wiedzą, ale dla nieznających gry powiem – wypadł znów świetnie.
Pomysł na film nie był najgorszy, ale scenarzysta się niestety zbytnio nie popisał. I na dodatek, w tym filmie jak zresztą w wielu miałem wrażenie, że do około środka filmu akcja toczyła się właściwym rytmem, wszystko było wyjaśnione i jasne. At u nagle, wraz z początkiem wyprawy bohaterów ku Machinie akcja znacząco przyśpiesza. Sceneria co rusz się zmienia, co chwila dzieje się coś innego, ktoś się pojawia a inni znikają lub giną. Za szybko. Sprawia to wrażenie jakby twórca scenariusza nagle w połowie zorientował się, że zabraknie mu czasu bądź środków i trochę na siłę upchał resztę akcji w drugą połowę filmu.

Lekko rozdrażniły mnie też liczne, acz drobne nieścisłości i niekonsekwencje scenariusza. Nie wiem, może się czepiam lub mam zbyt wysokie wymagania, co do tego typu opowieści. Ale jak mam się poczuć, skoro przez dłuższą części filmu widzę jak „niepokonane” mutancie hordy roznoszą całą ludzkość w perzynę, a na samym końcu dwie kobiety używając sztyletu i starożytnych mieczy niemal dziesiątkują nacierające na nich potwory? Rzeczy podobnych jest więcej, nie ma jednak potrzeby ich wymieniać.

Na koniec warto byłoby wspomnieć o aspekcie wizualnym. Efekty specjalne są, całkiem dobre. Scenerie są, lepsze nawet niż same efekty. Jest nieco tajemniczo, jest mroczno i jest przyjemnie. Wydaje mi się, że właśnie od tej strony film pokazuje się ze swej najlepszej strony.
Podsumowując „Kroniki Mutantów” nie są filmem złym. Ba, da się go nawet oglądać. Ale niestety wraz z toczącą się akcją odkrywamy, że w rzeczywistości jest produkcją jakby niedorobioną i zieje nieprzyjemnymi podmuchami nudy. Nie zachęcam do jego obejrzenia, stwierdzę raczej, że kto chce niech obejrzy. Nie moja to sprawa, prawda?

Autor: setaneiro

Twoja ocena: Brak Ogolem: 2 (1 vote)
Witrynę napędza Drupal, system zarządzania treścią o publicznie dostępnym kodzie źródłowym