Dziwne losy dziwnej drużyny

Planeta Ariadna.
W chłodnej i ciemnej nocy wiatr pędził ziarenka piasku po martwej pustyni Pasa Mutantów. Przed starym bunkrem z czasów wielkiej wojny siedział młody żołnierz - od niedawna wolny. Trzy dni temu w Pasie Mutantów rozbił się transporter z jego oddziałem. Jako jedynemu z szóstki udało mu się przeżyć i uciec z pod kontroli enklawy. Jego kompani albo zginęli albo zostali schwytani przez wojsko. Schronił się w tym bunkrze i urządził sobie w nim tymczasowy dom. Nie był on jednak jedynym uciekinierem. Do niego dołączył pilot zestrzelonego ślizgacza, którego wrak leżał przed bunkrem. Miał jeszcze jednego kompana, spotkanego dzień wcześniej. Kompan ten nie był żołnierzem, ale wpierw próbował ich upiec przenośnym miotaczem ognia, a później z nimi rozmawiał. Nie mówił czym się zajmował a nazywał siebie „Pogromcą”.

Trzeci dzień w Pasie. Żywność syntetyczna zaczynała się kończyć, ale na szczęście udało im się wymienić trochę starej broni i mundurów znalezionych w bunkrze na jedzenie z pobliską grupą dysydentów. Broni na razie starczało – dwa „stukacze”, kilka sztuk archaicznej n/kar – 20 i miotacz ognia „Pogromcy”.

Eryk siedział na straży oglądając wydmy przez noktowizor, opatulony płaszczem w kolorach pustyni. Nic nie mąciło nocnego spokoju, ale dzięki jedynemu noktowizorowi zauważył postać wychodzącą znad wydmy około pięćdziesięciu metrów od bunkra. Była ubrana w stary mundur wojskowy z czasów wielkiej wojny, a w dłoniach trzymała starszą i słabszą wersję „stukacza”. Eryk poczekał jeszcze chwilę. Zza wydmy wyłoniły się kolejne postacie. Po cichu wślizgnął się do bunkra i zawołał kompanów. Na zewnątrz zbliżali się dysydenci, z którymi to wymienili broń za żywność, a teraz chcieli zdobyć wszystko. Mimo przewagi liczebnej wroga sytuacja uciekinierów nie była zła gdyż dysponowali oni wspomaganiem hormonalnym, co czyniło z nich ludzi szybszych i wytrzymalszych. Ukryli się w trójkę za workami ustawionymi w półkole w pierwszym pomieszczeniu bazy. Pierwszy cień przemknął przed wylotem korytarza.

- Czego chcecie? – Zawył zza worków „Pogromca” ubrany w mundur zdarty z jednego z pilotów Enklawy Minotaura.
Gregor – ocalały pilot – bez namysłu posłał serię z karabinu ku wyjściu. Chybił, pociski przeleciały nad głowami napastników. W chwilę później odezwał się stukot dwudziestki – dysydenci strzelali na oślep, lecz dwa pociski trafiły Gregora. Pilot przewrócił się z jękiem. „Pogromca” puścił serię w odpowiedzi i zaraz schował się za workami. Pilot leżał na ziemi ogłuszony. Pociski trafiły w jego hełm, który był teraz strzaskany. Miał szczęście, że przeciwnicy posługują się starą bronią z czasów wielkiej wojny. Pomieszczenie rozświetliło się od serii wystrzelonych pocisków i małych eksplozji, które wywoływały po zetknięciu się z celem. Raz za razem wychylali się obrońcy znad worków, aby oddać serię i po chwili się schronić, lecz ta wymiana ognia nie przynosiła rezultatów. Eryk odbezpieczył granat, po czym rzucił go ku wyjściu. Eksplozja rozświetliła teren przed bunkrem wyrzucając ku górze fontanny piachu i dwóch napastników. Na chwilę nastała cisza przerywana jękiem. „Pogromca” ominął barierę z worków i zbliżył się ku wylotowi tunelu opierając się o ścianę. Mimo iż nie był żołnierzem, wiedział co to walka i śmierć - zanim uciekł do Pasa był zabójcą. Z wejścia do tunelu odezwał się znów karabin, ale pociski przeznaczone dla niego zatrzymywały się na barykadzie z piasku. Zabójca posłał błyskawicznie ku strzelcom swoją odpowiedź, lecz chybił i jego pociski rozbiły się o ścianę tunelu. Po strzale schował się – w samą porę – gdyż w miejscu gdzie przed chwilą stał przeleciała seria.

Eryk wychylił się zza worków i krótko przymierzywszy rozpruł brzuch dysydentowi. Ale w tym momencie poczuł uderzenie w głowę i został odrzucony do tyłu. W tunelu nadal tańcowały pociski. Żołnierz po chwili doszedł do siebie, po twarzy spływała mu strużka krwi, ale nic poważnego mu się nie stało. W hełmie z boku miał dziurę, ale żył. Noktowizor też był cały. Jako jedyny posiadał lepszą broń – „stukacza” podstawową broń piechoty. Strzały umilkły. Pilot leżał jeszcze na boku, ale powoli przychodził do siebie. Eryk z „Pogromcą” ruszyli ku wyjściu. Wciągnęli do środka biedaka, którego załatwił Eryk.

- Trup, fachowa robota – powiedział Zabójca, z aprobatą kiwając głową.
Podniósł leżący karabin i wyrzucił przed bunkier, lecz nie odpowiedziało temu nic.
- Jesteś w najlepszej sytuacji, bo masz jedyny noktowizor, osłaniaj mnie – powiedział Zabójca i zaczął się czołgać do leżących ciał.
- Stój – zawołał z cicha Eryk, lecz nadaremno.
Mógł tylko czekać i obserwować teren.
„Pogromca” przeczołgał się przez mały lej powstały po wybuchu granatu. Zza wraku ślizgacza odezwała się seria z dwudziestki, ale Zabójca bez zastanowienia namierzył i zlikwidował dysydenta. Z obu stron dysydenci ukryci za wydmami zaczęli strzelać do niego. Piasek wokół niego począł podskakiwać i tańczyć w rytm grania broni napastników. Jeden z pocisków rozdarł mu prawe ramię, kolejny przebił udo. „Pogromca” wściekły na własną głupotę, zaciskając usta począł się czołgać z powrotem do tunelu. Eryk zmobilizowany odgłosem broni oddał serię trzech pocisków do jednego z dwóch strzelców ukrytych za wydmą po prawej stronie – wszystkie były celne, nieszczęśnik padł bez ducha, drugi strzelec schował się za wydmą. Krzyk bólu trafionego Zabójcy przypomniał o dysydencie usadowionym po drugiej stronie. Żołnierz wychylił się zza muru przerzucając smukłego „stukacza” w kierunku nowego celu widocznego w noktowizorze jak na dłoni i nacisnął spust. Krótka seria szarpnęła ramieniem dysydenta odrzucając go za wydmę. Eryk wciągnął rannego Zabójcę do korytarza. Z tyłu nadbiegł pilot.

- Przynieś bandaże i środki pobudzające. Szybko! – Wrzasnął Eryk.
Gregor obrócił się na pięcie i pognał w głąb bazy. Żołnierz odbezpieczył granat, wyskoczył przed wyjście i rzucił go za wydmę tam gdzie ostatnio widział ostatniego żywego dysydenta. Eksplozja oświetliła na chwilę ciemną noc.
Pilot przyniósł opatrunki. Teraz można było obejrzeć rany zabójcy. Ostatni celny pocisk trafił go w plecy. Na szczęście miał ubrany na sobie mundur zabitego pilota, który osłabiał strzały z lekkiej i starszej broni i dlatego jeszcze żył. Obrońcy mieli czas na opatrzenie ran i podanie hormonów pobudzających. Do rana spędzili czas na warcie. Byli z siebie zadowoleni.

Gdy pierwsze promienie słońca oświetliły Pas Mutantów Eryk wyszedł na zewnątrz. Teren przedstawiał się gorzej niż w nocy. Przy wejściu leżały trzy ciała, dwa z nich były okropnie pokiereszowane wybuchem. Wszędzie wokół była krew pozlepiana z piaskiem. Napastnicy mieli na sobie płaszcze koloru jasno i ciemno brązowego. Płaszcze, które dzień wcześniej wymienili za jedzenie.
Poszedł za kadłub śmigacza, siedział tam oparty o wrak napastnik. Jeszcze żył, choć jego twarz nie była przyjemnym widokiem, brakowało mu policzka i kawałka nosa a całe jego ubranie było zakrwawione. Patrzał błędnymi oczami przed siebie nie rozpoznając niczego.

- Ten jeszcze żyje. – Stwierdził Eryk pokazując na skulonego dysydenta – Weźcie go i wyciśnijcie coś z niego.
Za wydmą po prawej stronie było tylko jedno ciało porozrywane wybuchem granatu, jego strzępki leżały w promieniu dziesięciu metrów, przyprawiając obserwatora o mdłości. Jedynie sępy krążące w górze cieszyły się z tego widoku. Za drugą wydmą nie było dysydenta, a tylko ślady świadczące o braku precyzji Eryka.

- I co? – Spytał żołnierz wracając do bunkra.
- Daliśmy mu „żarówę” i powiedział nam co się dało. Potem wykitował. - Zabrzmiała odpowiedź Gregora.
- Dobra, dobijcie tamtego. Nie potrzebujemy jeńców. – Rzucił przez ramię Eryk – jestem głodny.

Zabójca leżał na łóżku lecząc rany. Eryk z Gregorem krzątali się przy posiłku. Gregor nazbierał trochę glist – tłustych, białych robaków, które z braku innego pożywienia zaspokoiły głód, potem wypoczywali w cieniu wraku.
Gregor słuchał muzyki z działającego jeszcze discmana i palił jednego z ostatnich papierosów. Eryk liczył pozostałe w pasie naboje, pozostały mu jeszcze dwa zapasowe pasy do „stukacza”.

Wątłej budowy ciała pilot oparł się o ścianę i przemierzył wzrokiem pustynie napawając się dymem papierosa. Spod bandaży owiniętych na głowie dostrzegł, że coś go obserwuje. Był to niewielki ornitopter, wyglądem przypominający żelaznego ptaka o rozpiętości skrzydeł trzech metrów. Latał kilkadziesiąt metrów ponad nim i wścibsko go obserwował.

- A, co to jest? – Spytał zdziwiony.
Z tyłu nadbiegł Eryk. Gregor znany ze swej porywczości złapał za starą dwudziestkę i posłał ku „ptakowi” krótką serię. Dwa pociski trafiły w skrzydło, ale ornitopter zawrócił i zaczął się od nich oddalać. Nie odleciał daleko gdyż został trafiony ponownie, lecz tym razem z broni mocniejszej i przez bardziej wytrawnego strzelca. Spadając zakreślił w powietrzu dymny łuk i rozbił się o ziemię.

- Co to było? – Spytał Eryk
- Jeśli dobrze się domyślam, była to końcówka gardy, urządzenia bojowego, superszybkiego komputera bojowego. Powinniśmy się wynosić, gdyż pozostałe końcówki mogą być niedaleko.
Z tyłu przykuśtykał Joshua.

- Co jest? – Rzucił zdenerwowany.
- Wynosimy się. – Odparł Eryk – Pójdę pochować sprzęt.
Dwaj zdrowi znikneli w korytarzu bunkra, natomiast Zabójca przyjrzał się z zaciekawieniem szczątkom „ptaka”. Gdy podniósł wzrok zauważył postać stojącą na wydmie około stu metrów przed nim. Ukrył się szybko za wrakiem i poczekał chwilę. Nieznajomy ubrany był w ciemny płaszcz rozwiewany przez wiatr, pod nim miał wojskową kamizelkę, natomiast na ramieniu założony „stukacz”. Głowę osłaniał sobie kapeluszem i przyglądał się bazie przez lornetkę. Obcy zauważył „Pogromcę”. Zabójca bez zastanowienia strzelił do niego z miotacza ognia, ale ranny w rękę nie był zbyt precyzyjny i chybił. W miejscu wybuchu kulki gazu, piach zmienił się z szkło. Przybysz schował się za wydmę. „Pogromca” wypalił drugi raz również bez powodzenia.

- Nie strzelać!!– Dobiegł głos zza wydmy – Jestem tylko przeszukiwaczem strefy!
Z budynku wybiegli z karabinami w dłoniach pozostali.
- Nie strzelajcie to pogadamy. - Krzyknął przeszukiwacz.
- Dobra wyłaź. – Zgodził się „Pogromca”.
Przeszukiwacz wyszedł zza wydmy. Uciekinierzy ciągle trzymali broń w pogotowiu.
- Może zahandlujemy? – Spytał przybysz – Chcecie żywności, broni, narkotyków? Jeżeli znaleźliście stare magazyny, urządzenia to możemy zrobić handel. Co?
- Możemy. – Odparł Eryk.
- Zaraz? Co tam leży? – Spytał podenerwowany przeszukiwacz wskazując na szczątki ornitoptera.
– Dawno to spadło? Przecież tu zaraz będzie garda! Wiecie co, pohandlujemy jak przeżyjecie spotkanie z nią. No to cześć. Na razie! – To rzekłszy odszedł w pośpiechu z powrotem.
- Stój! Bo strzelam. – Krzyknął pilot unosząc do góry broń.
- Zostaw go. Spływamy. – Uspokoił go Eryk.

Parę minut później byli gotowi do ewakuacji. Pierwszy z bazy wyszedł Eryk i po raz pierwszy i ostatni w życiu nie zachował ostrożności. Zrobił zaledwie parę metrów od wyjścia, gdy rozerwał go wybuch. Około siedemdziesięciu metrów od nich stał humanoid posługujący się wyrzutnią mikrorakiet. Eryk odrzucony wybuchem upadł u stóp idącego parę metrów dalej pilota. „Pogromca” wystrzelił, ale jego kula ognia rozbiła się dziesięć metrów w bok od celu. Gregor porwał „stukacza” leżącego w martwej dłoni Eryka ustawił go na ogień ciągły i wystrzelił w kierunku napastnika. Zaryczał „stukacz” i zadzwoniły wylatujące z niego łuski. Obcy wyleciał w powietrze rzucony ogromną siłą i przeleciał parę metrów nim upadł na piasek. Pilot sprawdził tylko czy Eryk nie żyje i wraz z ocalałym kompanem ruszyli ku zabitemu napastnikowi. Gregor zabrał zabitemu karabin półautomatyczny 5,5mm będący krótszą od „stukacza”, ale bardziej masywną i odznaczającą się większą siłą przebicia bronią. Rozejrzał się po okolicy i zauważywszy duże podobne do gigantycznych pająków maszyny rzucił się do ucieczki. Zabójca podniósł wyrzutnię mikrorakiet i powodowany odwagą lub głupotą stanął na wydmie szukając wroga. Zauważył siedmiu – trzech humanoidów i czterech arachnoidów. Wziął na cel najbliższego, ale rany odniesione podczas ostatniej nocy uniemożliwiły mu celny strzał. Do przeładowania się następnej rakiety trzeba było poczekać dwadzieścia sekund, więc „Pogromca” odwrócił się i chciał uciekać. Nie zrobił jednak kroku gdyż z tyłu odezwały się karabiny. Trafiony w plecy został rzucony na twarz. Krew niewielkim strumyczkiem zaczęła ciec mu z ust. Podniósł głowę ostatnim wysiłkiem i skonał. Sto metrów dalej uciekał pilot wzburzając za sobą tumany piachu...

Ta przygoda do Strefy Śmierci została uwieczniona na pożółkłych kartkach papieru, ale dopiero w następnej można było zobaczyć prawdziwe szaleństwo, głupotę i bezsens, ale to już całkiem inna historia...

Autor: Berbeć
Serdecznie dziękujemy za przesłany tekst.

Twoja ocena: Brak Ogolem: 1 (1 vote)
Witrynę napędza Drupal, system zarządzania treścią o publicznie dostępnym kodzie źródłowym