Kroniki Posterunku Lonsdale
Prolog
„Pięć naboi w magazynku,
Czterem Jeźdźcom dam,
A piąty dla siebie mam!” –
Tekst znaleziony na ścianie w jednej z cel posterunku; autor nieznany.
Z mroku jaskini wychodzi mężczyzna o białych włosach i pustym spojrzeniu. Kroczy przez wypaloną ziemię w kierunku swojej furgonetki, odprowadzany wzrokiem bandy obszarpańców, spoglądających na niego złowrogo z głębi groty…
Coś poszło nie tak. Jako gatunek ludzki zdobyliśmy wszystko, udało nam się osiągnąć hegemonię na naszej planecie, górujemy ponad florą i fauną, choć z niej się wywodzimy. Nazwaliśmy się panami i władcami, i przez te wszystkie lata rozdrapywaliśmy Matkę Ziemię naszymi trującymi kłami, wbiliśmy się w nią i sączyliśmy z niej jak pasożyty. Klęska była nieunikniona.
…W ich oczach było jednak coś jeszcze: strach i niepokój przed wędrowcem, którego sylwetka teraz została zakrzywiona przez gorące powietrze falujące nad powierzchnią wysuszonej, piaszczystej skorupy…
Nic nie mogło zagrozić gatunkowi ludzkiemu, nic poza nim samym. Cała nasza historia, cała powolna ewolucja tego żałosnego miotu pełna jest zadawania sobie wzajemnie bólu i cierpienia, siania ziaren goryczy na łonie Matki Ziemi. Prawa, państwa, władze, pieniądze, autorytet, sława, dzięki tym i wielu innym pojęciom ludzie coraz to bardziej zniewalali samych siebie. Staliśmy się niewolnikami własnej głupoty, własnego ograniczenia. Nasza...wasza głupota zamieniła wszystkie wasze ambicje, cele i ideały w popiół i piach, w suche, wypalone szczątki tych, których mieliście szansę kiedykolwiek pokochać, a teraz możecie jedynie płakać nad utraconym życiem i pokornie czekać na sąd ostateczny.
…Rozpiął mankiety białej koszuli i wszedł na tył furgonetki. Sprawdził raz jeszcze towary. Lufy karabinów nagrzewały się niemalże do czerwoności w pełnym słońcu. Zresztą tak samo jak i ludzka skóra. Jednak on zdawał się być niewzruszony zabójczą temperaturą. Na jego bladej skórze nie zagościła nawet jedna kropla potu…
Prawdopodobnie pierwszy atak jednego człowieka na drugiego już był zwiastunem mojej egzystencji. Jak mogliście nie widzieć do czego to zmierza. Uzależniliście życie tej planety od jednego guzika, uzależniliście swoje życie od innych...i popełniliście błąd. Apokalipsa stała się rzeczywistością. W 2012 roku ludzkość miała okazję ujrzeć najbardziej spektakularne fajerwerki w historii. Apokalipsa była dziełem przypadku, jednego małego błędu, który wystarczył, by zdławić wszystko w płomieniach atomowego kataklizmu. Kiedy pierwsze głowice nuklearne wzniosły się w atmosferę, zawtórowały im tysiące innych. Nie było tłumaczeń, dlaczego je wystrzelono, nikt nie mówił następnego dnia, że to w obronie obywateli...ponieważ nie było następnego dnia, przez wiele lat.
…Jego bose stopy zdawały się skwierczeć, stojąc na gorącej blasze pickupa. Jednak on był zajęty czymś innym. Dokładnie i z precyzją owijał całe cargo płótnem. A kiedy skończył odwinął je w niektórych miejscach tak, żeby część arsenału, który będzie wiózł, była widoczna…
Apokalipsa miała oczyścić powierzchnię Ziemi z brzemienia, jakim jest gatunek ludzki. Miała zapewnić Matce Ziemi należyty odpoczynek. Jednak coś poszło nie tak. Wkrótce ze swoich nor, z podziemnych bunkrów, z własnych trumien zaczęli wypełzać na powierzchnię ludzie w towarzystwie karaluchów i szczurów. Jednak stary świat umarł, a zasady się zmieniły. Pojawiły się nowe zagrożenia. Ja jestem największym z nich. Jestem jednym z Jeźdźców Apokalipsy. Zrodzonym na łonie martwych ciał, wychowanym przez Nienawiść i Winę, Wojnę i Pogardę, Żal i Samotność, umarłym za życia, waszym przekleństwem i ratunkiem. Jestem ostatnim przeraźliwym wrzaskiem gwałconej Matki Ziemi, jestem dopełnieniem niespełnionej Apokalipsy, jedynym celem mej egzystencji jest całkowita anihilacja kiełkującej na nowo rasy ludzi. Wiem, że osiągnę sukces, ponieważ jestem jednym z praw natury.
…Mężczyzna spojrzał się na wschód, tam zmierzał. Mroczny uśmiech przebiegł przez jego oblicze. Wsiadł do furgonetki, rzucił okiem na siedzenie kierowcy, gdzie leżał shotgun SPAS-12 ukryty w kaburze. Wymacał w kieszeni cenne zawiniątko…
Nowy świat przyniósł ze sobą wiele zmian, na które złożyły się dwa czynniki: promieniowanie i ewolucja. Skorupa ziemska stała się jałowym, wypalonym pustkowiem, na którym nic nie ma prawa wykiełkować. Oceany przemieniły się w kałuże radioaktywnych odpadów. Wszystkie rośliny zostały zniszczone, źródło tak niezbędnego do życia tlenu zostało bezpowrotnie unicestwione. Jednak jak na przekór zaszły pewne zadziwiające mutacje. Pewien niewielki odsetek ludzi był w stanie przetrwać apokalipsę, będąc na powierzchni – jednak musieli zapłacić za to wysoką cenę. Mutacja ta zachodziła tylko w przypadku kobiet, które zostały nazwane Flower Maidens, ponieważ w jakiś sposób udało im się asymilować chlorofil w tkance skórnej. Całe ich organizmy re-ewoluowały tylko po to, aby zapewnić im przetrwanie. Ich ciała przystosowały się do nowych warunków, cała ich struktura chemiczna została zaburzona. Stały się one nadzieją dla reszty ludzkości z jednego błahego powodu – potrafią przeprowadzać proces fotosyntezy.
…Włożył kluczyki do stacyjki. Ponownie sprawdził kieszeń…
Moim zadaniem jest odnalezienie i eksterminacja tych istot oraz każdego człowieka czy mutanta, który stanie mi na drodze. Mój kolejny cel jest niedaleko.
…I ruszył.
Sesja I
Rok 3007
Anglia
Tereny dawnego Imperium Brytyjskiego
Okolice posterunku Lonsdale
Słońce prażyło nieubłaganie jak każdego dnia. Nie zanosiło się na burzę piaskową a niebo było wolne od chmur pyłu i popiołu już od wielu miesięcy. Wiatr zdaje się przestał wiać wieki temu, tak jakby cała planeta weszła w stan stagnacji, śpiączki. Jednak na pustyni spalonej ziemi istniało miejsce wielkiej wagi dla przeżycia całego gatunku ludzkiego. Pech chciał, że to miejsce zwane Lonsdale wkrótce zostanie nawiedzone przez nieproszonego gościa.
Posterunek Lonsdale – warownia nie do zdobycia, barokowa trzypiętrowa posiadłość zbudowana na planie litery C, z każdej strony otoczona niekończącym się pustkowiem, ale jednocześnie z każdej strony obstawiona laserowymi wieżyczkami z czujnikami ruchu, które skutecznie zatrzymują każdego intruza. Wiem, że ona tam jest. Czuję ją, czuję jak gdzieś tam w piwnicach tego bloku puszcza pędy, kwitnie, żyje. Jednak nie ma szansy, żeby się przebić przez te wszystkie wieże, jedyny sposób, żeby się do niej dostać to zmusić tamtejszą załogę, żeby sami mnie do niej zaprowadzili. Muszę się śpieszyć.
Na jednym z balkonów z oberwaną, niegdyś dostojną, kamienna balustradą wysiadywał albinos o jasnych blond włosach postawionych na sztorc i dużych słuchawkach na uszach. Ubrany był w szorty bojówki i rozpiętą hawajską koszulę. Promienie słońca odbijające się od jego kredowej skóry na klatce piersiowej i brzuchu sprawiały, że spokojnie mógłby robić za latarnię morską na tym oceanie piachu, gdyby nie parasol stojący obok i osłaniający go szmacianą, wielokolorową kopułą przed kompletnym spaleniem na intensywnym skwarze. Jedynie stalowy krzyżyk na jego piersi puszczał oczko od czasu do czasu, gdy promieniom słonecznym udało się przedrzeć przez kopułę parasola. Półleżąc wygodnie na krzesełku do opalania, ukryty w cieniu, przypominałby turystę, gdyby nie jeden drobny szczegół – zmodyfikowane NSW rozłożone na masywnym trójnogu tak, że swobodnie mógł monitorować całą okolicę poprzez wbudowany celownik optyczny. Średnica lufy była większa niż w modelach ze starego świata, co od razu przywodziło na myśl potęgę odrzutu, jaki musiało posiadać to cacko, a która została skutecznie zredukowana poprzez zamontowanie go na stałe w solidny szkielet balkonu.
Tak jak każdego dnia, badał horyzont, co i rusz zaglądając w soczewkę celownika, aby upewnić się czy aby na pewno tekstura spalonej ziemi nie uległa choćby minimalnej zmianie. Poza tym osobnikiem cała kamienica wydawała się opuszczona. Stare, wypalone w słońcu i popękane kamienne ściany oraz gobeliny, poobrywane balkony i parapety. Sypiąca się dachówka. Odbite framugi i oberżnięte gargulce, które niegdyś zapewne wzbudzały grozę, a teraz tylko melancholię za straconym światem. Uważny obserwator dostrzegłby jednak, że nie jest to zwykła rozpadająca się ruina. Pomijając ogrodzenie, zasieki z drutu kolczastego i wieżyczki rozmieszczone ciasno naokoło budynku, ale same ściany budowli zdradzały co nieco: tytanowe płyty prześwitujące zza podartych firan i spróchniałych okiennic, kable wijące się po popękanych murach i zwisające pomiędzy balkonami, tworząc coś na kształt pajęczej sieci czy wreszcie maszty i anteny które górowały ponad dachem Lonsdale.
Na horyzoncie pojawił się ruch. Mała kropka, która zmierzała w stronę posterunku. Ktoś się zbliżał. Ten ktoś jechał pickupem. W samochodzie był jedynie kierowca. Tył był zawalony towarem owiniętym skrzętnie grubymi kocami. Wystarczyłby jeden strzał i albinos wróciłby do swoich bezowocnych obserwacji. Lecz samochód nie był jeszcze w zasięgu strzału. Albinos spojrzał na kierowcę. Białe włosy do ramion, blada, trochę sina cera. Podkrążone, puste oczy. Zupełnie czarne. Zupełnie matowe. Bez wyrazu. Można by pomyśleć, że śpi z otwartymi powiekami. Raz jeszcze rzucił okiem na cargo, licząc, że może wypatrzy coś pod kocami. I zobaczył. Promienie słońca odbiły się od hartowanej stali szyny z nabojami do miniguna. Potem ujrzał lufę wystającą zza koca, gdzie indziej nogę stojaka. Kimkolwiek był kierowca w furgonetce, wiózł on ze sobą cały arsenał broni.
Soczewki z zoomem porównywalnym do mikroskopu elektronowego… a więc już masz mnie na muszce, ale jestem za daleko, musisz cierpliwie czekać. Nie chcesz przecież mnie spłoszyć, szczególnie teraz, gdy wiesz, co ze sobą wiozę. A jak mam broń to może mam i zapasy, ale obaj wiemy, że to nie to, o czym myślisz. Może mam coś bardziej cenniejszego, odpowiedzi na twoje pytania. Ile to już lat odkąd widziałeś człowieka spoza Lonsdale? Muszę wzbudzać twoją ciekawość, dawno zakopaną nadzieję. Teraz tylko muszę cię zachęcić. Muszę się odpowiednio przedstawić…
Albinos usłyszał zagłuszony pomruk, a w następnej chwili samochód, który obserwował, stał w płomieniach. Trzy dżipy już się do niego zbliżały. Na jednym z nich ktoś trzymał wyrzutnie rakiet, która jak widać spisała się na medal. Albions mógł jedynie patrzeć. Był bezradny. Wytężał wzrok, żeby upewnić się czy kierowca przeżył, czy nie. Miał nadzieję, że tak. Chociaż z drugiej strony, nawet jeśli, to i tak zaraz zginie z rąk rabusiów, którzy go dopadli. Mężczyźni ubrani w obdarte, skórzane ciuchy i dresy już okrążali furgonetkę, gdy z płonącego wraku zaczął wyczołgiwać się kierowca. Jego niegdyś biała, przyduża koszula była teraz postrzępiona a prawy rękaw był kompletnie podarty. Czarne, połatane miejscami spodnie od garnituru teraz były przybrudzone piaskiem i jego własną krwią. Wyglądał źle. Bardzo źle. Jego tłuste włosy posklejały się. Twarz stężała. Gdy powstał na pełne nogi, zachwiał się, jednak jego twarz wyglądała na niewzruszoną tak samo oczy. Podniósł coś z ziemi. To kabura przepasywana na plecy z shotgunem wewnątrz niej. Jednak ukradkiem wyciągnął z dymu coś jeszcze - małe zawiniątko, które ledwie zauważalnie włożył do kieszeni spodni. „Cholera jasna, uciekaj póki cię nie widzą w tym dymie”, pomyślał albinos. Jednak w tym samym momencie rozległ się strzał niesłyszalny dla snajpera. Kierowca padł. Dostał w prawe udo. Przywódca gangu stanął nad nim, mierząc do niego z rewolweru, jednak zdawał się coś zauważyć i nie dobił go, tylko odszedł, śmiejąc się. Za nim ruszyła reszta, zbierając ze szczątek wraku to, co nie uległo zniszczeniu. Wtedy kierowca odwrócił się w stronę swojego samochodu a snajper zobaczył to, co przywódca gangu wcześniej – koszula na plecach białowłosego była przesiąknięta krwią oraz podziurawiona przez pręty i kawałki zbrojonego szkła wbite w jego plecy. Albinos wiedział, że nie może mu pomóc. Mógł tylko patrzeć jak styrany biedak powoli umiera, niezdarnie idąc w jego kierunku. Nie spuszczał z niego oka, kibicując mu w myślach. Słaniający i podpierający się shotgunem kierowca miał około 40 minut drogi do bram Lonsdale, ale mimo to w albinosie obudziła się iskierka nadziei, że może cudem przeżyje, że nie wykrwawi się, że dojdzie. Albinos przestał słyszeć muzykę płynącą w słuchawkach, przestał czuć skwar na skórze. Jedyne, dla czego teraz żył to ten wyścig ze śmiercią, jedyne, co się teraz liczyło to ta zupełnie obca sylwetka zostawiająca za sobą krwawy szlag.
Kierowca znalazł się w zasięgu strzału. Albinos już dawno ściągnął palec ze spustu.
Powiedz, współczujesz mi czy się nade mną litujesz? Oszczędzasz mi życie, o szlachetny łaskawco. A może po prostu desperacko mnie potrzebujesz, licząc, że powiem ci, że jest nadzieja, że inni też żyją, że mają się dobrze, że też przetrwali. Panicznie mnie potrzebujesz i już wkrótce zacznie cię to przerażać. Potrzebujesz mnie jak tlenu, jak Flower Maiden, gdybyś mógł to też byś zamknął mnie w klatce… zniewolił, tłumacząc, że to dla mojego dobra, dla ochrony, a nie tylko i wyłącznie z panicznego strachu przed tym, co czeka na ciebie za kratami, które stworzyłeś we własnej głowie z ideałów i rozkazów. Biernie przyglądasz się jak powolnie uchodzi ze mnie życie, a gdy już dojdę do tej bramy, uwierzysz, że mnie uratowałeś. Więcej współczucia i litości okazałbyś zabijając mnie. Ja się nie zawaham, obiecuję...
„Martin! Martin! Otwórz bramę!” krzyczał albinos, zbiegając po krętych schodach na parter: „I biegnij tu! Mamy rannego!”. Białowłosy kierowca zawisł na stalowej siatce, wpatrując się tępo we frontowe drzwi, które po chwili otworzyły się z hukiem. Wybiegł z nich ten sam albinos. W tym momencie brama otworzyła się, zabierając kierowcy punkt podparcia, przez co ten upadł na twarz i stracił przytomność.
Sesja II
Obudził się w sześciennym, klaustrofobicznym pokoiku przypominającym cele. Właściwie jedynym meblem w tym pokoiku była prycza, na której leżał, a jedynym źródłem światła była kilkunastocentymetrowa szpara w tytanowej płycie, która miała być prawdopodobnie oknem. Cały korpus i prawe udo miał poobwiązywane bandażami. Upewnił się, że nikt go nie obserwuje ani na żywo, ani przez obiektyw ukrytej kamery i pewny, że jest niewidoczny dla nikogo, powstał na równe nogi. Nie czuł bólu. Zresztą tak samo jak nie czuł go podczas „wypadku” i podczas niemalże 40-minutowej wędrówki, przez którą o mało się nie wykrwawił. „Pierwszy etap zaliczony, teraz czas na rozpoznanie”, mówił w myślach. Zanim podejmie jakiekolwiek działania, musi mieć pewność jak liczna jest załoga tego posterunku. „Jest ich co najmniej dwóch”, rozmyślał dalej. Postanowił się przejść. Zobaczył, że na ścianie wiszą jego spodnie i koszula – pozszywane, połatane i do tego czystsze niż zwykle. Butów nigdzie nie było, ponieważ takowych nigdy nie posiadał. Preferował chodzenie boso, szczególnie, że i tak nie był w stanie wyczuć, co ma pod stopami i czy go to boli, piecze, czy łaskocze. Ubrał się i uchylił metalowe drzwi. Znalazł się na środku korytarza oświetlonego jedynie jarzeniówkami. Nad nim płynęła rzeka kabli i przewodów, które co i rusz uchodziły w pomniejsze strumyki innych pokoi i korytarzy. Idąc wzdłuż ściany, nagle poczuł coś dziwnego. Wilgoć i delikatny powiew na karku. Cokolwiek to było sprawiło, że poczuł gęsią skórkę. Odwrócił się szybko, jednak korytarz był pusty. W tym momencie z kabla nad nim spadła kropelka wody, która skapnęła mu na ramię. Rozdrażniony ruszył przed siebie. Flower Maiden już wiedziała o jego obecności.
Po krótkim spacerze wszedł do rozległej sali z długim, prostokątnym stołem pośrodku. Podłoga wyłożona była sporymi, granitowymi kafelkami układającymi się w mozaikę. Na ścianach były płaskorzeźby i obrazy, a groteskowe malunki dekorowały sufit. Niegdyś potężne i dostojne drzwi balkonowe teraz zastępowały gęste kraty, za którymi widać było parasol i siedzącego pod nim, przy swoim karabinie snajperskim, albinosa. Obok niego stało drugie krzesełko - wolne. Po chwili namysłu białowłosy wyszedł na balkon.
Postał chwilę za plecami albinosa, jednak ten zdawał się być zbyt zajęty obserwacją terenu, żeby go zauważyć. W końcu nie wiedząc jak zacząć rozmowę, odchrząknął.
- O! Już wstałeś? Jak się czujesz? – Zainteresował się albinos, jednak nie na tyle, żeby oderwać wzrok od soczewki celownika.
- Dobrze, już o wiele lepiej, uratowałeś mi życie. Jestem twoim dłużnikiem.
- Nie ma za co. Wyglądałeś na potrzebującego. Jak masz na imię? – Teraz albinos spojrzał się na białowłosego.
- Az. Mów mi Az. Ty?
- Raf – uścisnęli sobie dłonie. – To ja tutaj dowodzę… teoretycznie, bo w rzeczywistości wszyscy tu jesteśmy równi.
- Wszyscy równi? I udało wam się przetrwać z takim nastawieniem? Ilu was jest?
- Co miałeś w furgonetce? – Raf mimo wszystko zaskoczył Aza swoją nieufnością.
- Broń i zapasy, jestem kupcem. Z chęcią oddałbym wam swoje towary w podzięce za ratunek, ale wszystko straciłem…
- Wiem, widziałem to, ale nie mogłem nic zrobić, żeby ci pomóc.
- Rozumiem. Ważne, że nie pozwoliłeś mi się wykrwawić, mimo że zupełnie mnie nie znasz. To ty mnie pozszywałeś?
- Nie, to Martin. Nasz nadworny cybernetyk i mechanik. Nie przestrasz się jak go zobaczysz.
- Heh, wiele już w życiu widziałem…
- Co masz na myśli?
- Bycie handlarzem broni w takich warunkach ma swoją cenę. Z resztą sam widziałeś.
- Przekonamy się jak go zobaczysz. – Raf skinął na krzesło obok – Siadaj, nie mamy tu wiele rozrywek a tym bardziej gości.
- Hmmm, macie moją broń? – Az usiadł
- Tak, tak, spokojnie, jest w bezpiecznym miejscu. Dostało się do niego sporo piachu, więc Martin musiał go oczyścić.
- Hmmm – Az sięgnął do kieszeni spodni, która była pusta – a gdzie są… lekarstwa, które miałem w kieszeni?
- Też w bezpiecznym miejscu – teraz cała życzliwość Rafa zniknęła i zastąpił jej miejsca ponury uśmiech. – Wiesz, że powinieneś się wykrwawić? Nie było szans, żebyś przeżył. Nie wierzę w cuda.
- Mimo to mnie nie zastrzeliłeś. Dlaczego?
- Bo… jak tam jest? Przeżył ktoś jeszcze? Czy wszystko wygląda tak samo?
- Ludzie już odzyskali swoje człowieczeństwo. Wiesz, że w nowym świecie nie ma stworzeń, które mogłyby zagrażać naszemu gatunkowi, a mimo to każdy handlarz broni zbija kokosy, bo wszyscy potrzebują ochrony przed najbardziej krwiożerczymi potworami… przed innymi. Lepiej siedź tutaj i żyj marzeniami o odradzającym się świecie, bo jak zobaczysz go w rzeczywistości to się bardzo zawiedziesz…
- Nasz gość się obudził! – Dało się słyszeć zza pleców – Panie Az, bo tak się pan przedstawił, świat od zawsze był pełen skurwysynów tylko po to, żeby na ich tle mogli wybić się bohaterowie, więc to, że pan na paru trafił w swoim życiu, nie znaczy, że wszyscy tacy są. Poza tym gdyby pana teoria się sprawdzała to leżałby pan tam, przy bramie… martwy jak mniemam.
- Może i masz rację – Az odwrócił się w stronę drzwi balkonowych prowadzących do jadalni i ujrzał ukrywającego się w półmroku pokoju krępego mężczyznę średniego wzrostu z kilkutygodniowym zarostem i krótko przystrzyżonymi włosami. Jednak nie to było niepokojące w jego sylwetce. Jedynie biały fartuch, którym był owinięty oraz czarne, gumowe rękawice wychodzące z podwiniętych mankietów mogły być tym „odrażającym” widokiem, o którym mówił Raf, jednakże widocznie bardzo przesadził, gdyż poza tym, że fartuch miał ślady zaschniętej krwi i osocza nie sprawiał wcale, że postać Martina była odpychająca, wręcz przeciwnie, czyniła go dostojnym naukowcem i lekarzem. – Jestem wdzięczny, że mnie pozszywałeś.
- Może dzięki temu zmienię twój pogląd na świat.
- Kto wie, próbuj. To właściwie, czego się tak zabarykadowaliście tutaj? Pilnujecie czegoś?
- Powiedzmy, że jesteśmy domatorami i mamy sentyment do tego miejsca. – Odpowiedział Raf.
- Ach… – przytaknął jedynie Az.
Rozmowę przerwała syrena, która zaczęła donośnie wyć.
- Z której? – Zapytał Raf.
- Z południa. – Odpowiedział Martin – Az, chodź z nami do środka, tu nie jest bezpiecznie.
Weszli szybko do środka i ruszyli korytarzem w dół do podziemi Lonsdale. Az szedł za nimi nie zadając pytań. Słyszał tylko echo zatrzaskujących się tytanowych włazów, odgradzających kompletnie wnętrze budynku od reszty świata. Przeczuwał, co się zbliża. Już wcześniej to widział.
Flower Maiden ma w swojej skórze chloroplasty, które zwabiają wszelkiej maści roślinożerców. Najgorsze są chmary zmutowanych szarańczy, jeden taki okaz potrafi mieć półtora metra długości, pazury tnące metal jak papier i mnóstwo równie ostrych kolców na całej powłoce. Szarańcze tą nazwano…
- Kify! – Powiedział Raf wskazując reszcie przez małe okratowane okienko na czarną chmurę zbliżającą się w ich stronę. Chwycił za słuchawkę przy ścianie i powiedział do niej – Amir, za ile system będzie gotowy?
Hmmm a więc jest i trzeci murzynek.
- Dobra, dobra… uwaga, za parę minut będziesz miał okazję zobaczyć najlepsze fajerwerki w swoim życiu. – Raf kontynuował.
Odczekali chwilę jednak zamiast fajerwerków wysiadło światło a chmara dalej się zbliżała.
- To normalne – uspokoił Martin.
I teraz stali w ciemności. Jedynie wąski pas poziomego światła padał przez szczelinę, której używali do obserwacji zbliżającej się chmary. I nagle stało się. Tysiące niewielkich dział rozmieszczonych na całej powierzchni południowej ściany i na ziemi przy niej, pojawiło się znikąd i grad świetlistych pocisków runął na chmurę szarańczy.
I wtedy Az usłyszał łkanie, które niemalże zlewało się z okropnym hukiem tysiąca wystrzałów, jednakże dudniło mu ono w głowie tak mocno, że nie dało się go nie usłyszeć. Rozpaczliwe łkanie i słowa „Pomóż mi”, „Przyjdź po mnie”, „Czekam na ciebie” mówione na przemian.
Wkrótce salwy ustały i światło znów rozbłysnęło, a tytanowe zapory i włazy rozchyliły się na nowo. Jasność wlała się do zakurzonych pomieszczeń i nadała nieco życia zapomnianym kafelkom, kominkom, meblom, rzeźbom i malowidłom. Jednak Az zdawał się tego nie zauważyć. Patrzył się tylko przed siebie i już wiedział.
Ona tu jest. Gdzieś przy wschodniej ścianie. Gdzieś pode mną.
- Hej! W porządku? – Szturchnął go Martin i Az miał wrażenie, że usłyszał przytłumiony brzdęk metalu. – Krew ci leci z nosa.
- To pewnie z przemęczenia – skłamał Az – słuchajcie, muszę się wyleczyć, żeby ruszyć w dalszą drogę. Czy mogę żyć tutaj przez jakiś czas? W zamian mogę dla was pracować. I tak mam wobec was dług do spłacenia.
- No musimy to prze…- zaczął niepewnie Raf.
- Świetnie! Przyda mi się pomocnik do moich eksperymentów! Doskonale! – Ucieszył się Martin, jednak było w tym coś niepokojącego. – Raf, bądź tak miły i odprowadź naszego gościa na należny mu odpoczynek.
Raf wziął Aza pod rękę i ruszyli z powrotem do celi. Większą część drogi nie rozmawiali. Może dlatego, że Az był bardziej skoncentrowany na tym, żeby udawać jak go wszystko boli pod bandażami a może dlatego, że wiedział, że potrafi doskonale jęczeć i stękać z bólu na pokaz, że potrafi się słaniać i syczeć, ale nigdy nie był w stanie sprowokować krwotoku z nosa. Czy to przez natężenie strzałów? Ale Raf i Martin pozostali niewzruszeni. A może ten głos? Czy w tamtym pomieszczeniu był aż tak blisko Flower Maiden, że mógł ją słyszeć? Tak blisko, że miała na niego taki wpływ?
W końcu doszli do drzwi celi.
- Myślałem, że to ty jesteś tutaj szefem? – Zaczął Az.
- Z pasją naukowca nie wygrasz. – Odpowiedział Raf i zdawał się w napięciu czekać na dalszy rozwój rozmowy, jednak nic mu nie przychodziło do głowy i w końcu powiedział tylko – Te kify to upierdliwe stworzenia.
- Co prawda to racja, gdzie znajdę tego Amira?
Raf wytłumaczył mu jak dojść do laboratorium Amira i na odchodne powiedział jeszcze, że Amir ma ampułki z jego spodni.
- To do jutra – pożegnał się Raf i poszedł wzdłuż korytarza.
- Do południa – powiedział Az i zamknął drzwi.
Usiadł na brzegu łóżka i zaczął delikatnie rozwijać bandaże. Rany na plecach już się zasklepiały. Zamknął oczy i zaczął na nowo je rozrywać swoimi kościstymi palcami. Wiele go to kosztowało, gdyż, pomimo że nie czuł bólu, za każdym razem, kiedy musiał dotykać swojego ciała miał te nieodparte wrażenie, że nie dotyka siebie, że nie dotyka nawet człowieka, nawet żywej istoty. Miał wrażenie, że wodzi zamarzniętymi palcami po kartce papieru, musiał wytężać słuch, bo to jedyny zmysł, który mógł mu w tej sytuacji podpowiedzieć czy rana otworzyła się na nowo, czy trzeba szarpnąć mocniej. Kiedy skończył, zawinął bandaże z powrotem i wycieńczony chirurgiczną robotą, usnął na pryczy.
. . .
Tymczasem w pokoju spotkań na piętrze w Lonsdale.
- Nie podoba mi się ten cały Az – zaczął Amir, a właściwie jego głos płynący z głośników, bo on sam nie stawił się na zebranie.
- Przecież nawet go nie widziałeś! - Obruszył się Raf.
- Jest z zewnątrz, to wystarczy, żeby mu nie ufać. – Kontynuował głos z głośników.
- Oj pierdolisz – skwitował Raf.
- Słuchajcie panienki, on nie miał szans na przeżycie, a jego rany... cóż, jak go zszywałem, część z nich już zdawała się wygoić. Rana po szkle nie wygoi ci się w parę godzin. – Martin się wtrącił.
- Pewnie to jakaś mutacja albo wirus i teraz nas pozaraża. – Znów głos z głośników.
- Nie można tego wykluczyć. Dlatego należy poddać go szczegółowym badaniom, a jak coś będzie nie tak to poddamy go kwarantannie. – Martin stwierdził, co z jakiegoś powodu zmartwiło Rafa.
- Amir, sprawdziłeś te fiolki? – Zapytał Raf z nadzieją w głosie.
- Tak – odpowiedział i dało się słyszeć jedynie szum w głośnikach.
- No i? – Dopytywał Raf po dłuższej chwili bezowocnego oczekiwania.
- Zaraz wracam – dało się słyszeć z głośników.
- Zabiję go, przysięgam, któregoś dnia nie wyrobie i pójdę do tej jego nory, i go zatłukę, i nie będę się przejmował, że to mój brat – Marin się wściekł i uderzył pięścią w ścianę, odłupując niechcący kawałek cegły.
- Uspokój się lepiej – powiedział Raf niewzruszony.
- Muszę sobie skonfigurować system przywspółczulny. Ta duchota źle działa na tak delikatny mechanizm. – Martin zdawał się mówić do siebie.
- Jestem – znów Amir – płyn z tych ampułek to jakaś forma mutagenu, który…
-…tak? – Powiedział Martin przez zęby.
- Kojarzycie historyjkę o fontannie wiecznej młodości? Ten mutagen zdaje się działać mniej więcej w ten sam sposób jednak nie w stu procentach. Nie zatrzymuje on starzenia się, ale sprawia, że ciało i organy wewnętrzne stają się niewzruszone na upływający czas.
- Czyli po tym jak umrę ze starości, moje ciało i tak będzie w doskonałym stanie przez lata? – Zapytał Raf.
- Przez wieki – poprawił Amir.
- Czyli…- próbował coś powiedzieć Raf.
- Czyli to jest zupełnie bezużyteczne! – Zaczął Martin – Na cholerę komu doskonałe ciało po śmierci?! To nie ma sensu!
- Bez kitu, wywalam to… – skwitował Amir.
- Nie! – Raf wybuchnął – Czekaj!
- Po co? – Zdziwił się Martin.
- Może… to ma wartość sentymentalną dla niego, to jedyna rzecz, jaką wyjął z wraku samochodu. – Bronił się Raf
- No i shotgun – poprawił znów Amir. – No dobra, zostawię to, niech przyjdzie i odbierze sobie jak będzie chciał.
- Dzięki – powiedział Raf – ja jestem gotów dać mu szanse, a wy?
- Zobaczymy po badaniu. – Rzekł Martin.
- Dokładnie – skwitował Amir.
- A co z nią? – Zapytał Raf.
Po tym pytaniu na jakiś czas w pokoju narad zapadła cisza, po której postanowiono, że Az nie jest jeszcze na tyle godzien zaufania, żeby mówić mu o zadaniu trójki niedobitków dywizji Lonsdale.
. . .
Tymczasem Az miał złe sny. Śniły mu się lasy i łąki, które stawały w czerwonym ogniu. Sztandary i transparenty z wypisanymi hasłami o wolności, w które były zawijane zwłoki poległych. Furię i gniew ludzi, krzyki i strzały. Jęki i łkania tych wszystkich, którzy zginęli w jednej minucie Armagedonu. Miał te wszystkie umęczone dusze na swoim karku, przychodziły do niego we snach, za każdym razem rozpoczynając swój rozpaczliwy lament i kontynuując go przez wiele godzin. Kolejne zmasakrowane i brudne twarze, czasem już tylko nagie czaszki obdarte ze skóry i mięśni. Dzieci czy seniorzy, wszyscy tak samo mieli mu za złe. Jedni przy tym krzyczeli i wpadali w furię, inni patrzyli ze zrezygnowaniem i z hańbą, jeszcze inni odwracali wzrok z odrazą i wstydem lub po prostu płakali cicho. Wszystkie te umęczone dusze nie mogły wybaczyć mu jego istnienia, bo to z nich powstał, on stał się najwspanialszym dokonaniem ludzkiego gatunku. On był odbiciem mrocznej strony każdego z nich. I wiedział, że mimo tego przekleństwa musi iść po więcej i tak we snach zaczęli pojawiać się i ci, którym sam odebrał życie. Ci dla odmiany byli bardziej agresywni, pluli na niego i go bili, niektórzy drapali i gryźli, próbowali jeść. Jednak im bardziej koszmarny i bolesny był sen, tym bardziej nabierał wiary w to, co robi. Każdy z tych snów kończył się tak samo. Obrazy wojny. Przewijające się w nieskończoność i w kółko obrazy wojny. Nie pamięta nawet, co działo się z nim przed wybuchem i jak przeżył kataklizm, ale w snach widzi to, co działo się podczas każdej wojny, jaka odbyła się na świecie od zarania dziejów po te, które toczyły się jeszcze tuż przed Armagedonem. Widzi to w okrutnych detalach, z okrutną dokładnością, każdy wbity miecz, wystrzelona kula, każdy niewinny zabity i każdy niewinny splugawiony, żeby przeżyć, każda zgwałcona, każde rozstanie, każde cierpienie i łza, wszystko w zastraszającym tempie przewija mu się pod powiekami, jako ostateczny argument jego działania.
Jednak tej nocy coś się zmieniło. Sen się zamazał, zatrzymał, migające obrazy zmieniły się w płynne tło, na którym pojawiła się kobieta. Oczy miała zasłonięte grzywą zielonych włosów. Przypominała mieszankę kobiety i kwiatu. Pnącza wspinały się po jej nagim ciele, będąc jednocześnie jego częścią. Gdzieniegdzie widać było malutkie różowe i niebieskie kwiaty o białych płatkach, kiełkujące, wykluwające się i po chwili pękające jak bańka mydlana. Włosy przypominały koronę liści, mchu i trawy z delikatnymi kwiatami wyłaniającymi się tu i ówdzie. Drobne listki szeleściły i drżały na jej skórze. „Pomóżmy sobie” wyszeptała i objęła go. On niezdarnie wtulił się w nią i w końcu przytulił z całych sił. W jednej sekundzie wybuchła krzykiem panicznego bólu, spojrzał na jej ciało i widział jak wysycha, obumiera. Chciał ją puścić, ale nie mógł, bo ona go zbyt mocno trzymała. W następnej chwili leżał na łóżku bez ruchu wpatrzony w sufit. Po chwili zorientował się, że jego zgrabiale ramiona obejmują powietrze przed nim tak jakby parę momentów wcześniej ktoś między nimi był.
Tym razem nie mógł ponownie zasnąć.
Sesja III
Następnego poranka - jeżeli można tak powiedzieć w miejscu, gdzie od niemalże wieku nie było nocy - odezwała się syrena, która zwiastowała przybycie kolejnej chmary kifów. Az nie miał ochoty na przedstawienie. Nie był do końca pewny jak długo tępo wpatrywał się w pęknięcia tynku na suficie i pod nim. Z zawstydzeniem próbował wymazać z życia to, co stało się tej nocy. Był nawet gotów nigdy więcej nie zasnąć. Z transu wybiło go pukanie do drzwi, które po chwili uchyliły się i stanął w nich Martin w swoim brudnym fartuchu z postawionym kołnierzem oraz w czarnych gumowych rękawicach.
- Gotowy na badania? – Zapytał Martin.
- Tak – Az wstał z pryczy, narzucił na siebie swoje ubrania i ruszył za Martinem.
- Pierwszy raz spałeś na nowym miejscu. Śniło ci się coś? – Zapytał, kiedy mijali kolejne korytarze.
- Nie.
- Hmmm szkoda, szkoda, podobno sny z pierwszej nocy na nowym miejscu mają jakieś znaczenie. Ktoś mi tak kiedyś powiedział. – Martin zatrzymał się przed wejściem.
- To była moja druga noc tutaj. – Poprawił go Az.
- Hę? Rzeczywiście… z resztą nieważne, kto by wierzył w takie rzeczy. - Powiedział i wstukał kod w konsoli obok szerokiego włazu, który po chwili rozsunął się leniwie - Jesteśmy na miejscu.
Wskazał mu leżankę a sam siadł przed monitorem. Az zaczął się rozglądać. Pomieszczenie było pokaźnej wielkości, jednak tutaj nie było kamiennych ścian czy posadzek, wszystko było tytanowe, tak jakby będąc tu zostało się zamkniętym puszce. Kable ciągnęły się po podłodze i suficie, gdzieniegdzie tworząc zaplątane kokony wielkości człowieka. Przy ścianach stały pokaźnej wielkości żeliwne stoły rzemieślnicze, na których leżały przedziwne konstrukcje zakryte białym płótnem, które nosiło ślady krwi. Narzędzia były niemalże wszędzie: od zardzewiałych ćwieków, pił, obcęgów i młotów po sterylizowane skalpele, pęsety, igły i szczypce. Przy ścianach wznosiły się stalowe rusztowania, na których spoczywały najróżniejsze kable, płyty, gwoździe i śrubki zaraz obok słoików z organami zalanymi formaliną. Przypominało to wszystko warsztat i salę chirurgiczną w jednym.
- To czym się tutaj właściwie zajmujesz? – Zapytał Az.
- Modyfikacjami – odpowiedział Martin – patrz – odsunął jedną z żelaznych szuflad, która narobiła przy tym mnóstwo pisku – eh, trzeba będzie naoliwić, gdzie ja podziałem WD40…z resztą nieważne, spójrz do środka.
Az podszedł i zajrzał do wnętrza szuflady. Były tam posegregowane w przegrodach naboje najróżniejszego kalibru, celowniki, magazynki, lufy, turbiny, ogniwa, tłumiki, kolby i wiele innych cudów techniki, co do których funkcji Az nie był do końca pewien. Jednak w głębi szuflady zauważył coś jeszcze. Coś, co przypominało palce. W innej przegródce zauważył konstrukcje przypominające kości, jeszcze w innej rzepki i stawy, a wszystko zmechanizowane. Az sięgnął ręką w stronę jednej takiej „kostki”, jednak Martin chwycił go za przegub. Jego uścisk był niespotykanie silny.
- To bardzo delikatny mechanizm, nie dotykaj. Struktura każdego z tych elementów składa się ze skrystalizowanych włókien grafitowych.
- Co czyni je w praktyce niezniszczalnymi? – Zauważył Az.
- Yhm, ale mimo to ich nie dotykaj.
- Jak chcesz, a co kryjesz pod tymi płótnami? Mogę zobaczyć czy też nie jestem godzien?
Martin zsunął płótna a to, co Az zobaczył, tylko potwierdziło jego przypuszczenia. Ta krew na fartuchu i gumowe rękawice, narzędzia rzemieślnicze zaraz obok chirurgicznych, kable i diody obok słoików z żywą tkanką i na końcu cybernetyczne kończyny przykryte płótnem.
- Wszystko musiałeś testować na sobie? – Zapytał niewzruszony Az. Martin tylko pokiwał głową – pochwalisz się?
Martin rozsunął połacie fartucha i zrzucił go na ziemię wraz z gumowymi rękawicami. Miał cybernetyczne implanty całych nóg i wyżej łuska z włókien grafitowych ciągnęła się aż po żebra, a tam spajała się z ciałem - ze skórą i kośćmi, do których była przyspawana. Przedramiona i dłonie również były mechanicznymi implantami, choć wyglądały one raczej jak syntetyczne rękawice. Klatka piersiowa, ramiona, szyja i głowa na pierwszy rzut oka pozostały ludzkie, jednak gdy Martin odwrócił się, Az ujrzał łuskowate, matowe płyty ciągnące się i zazębiające wzdłuż kręgosłupa, oplatające półokręgiem kark i ginące w końcu pod skórą.
- Pewnie sobie myślisz, że to imponujący pancerz, jednak w rzeczywistości najpiękniejsze jest to, co się pod nim skrywa. Udało mi się podpiąć do własnego układu nerwowego i endokrynicznego, dzięki czemu przejąłem kompletną kontrolę nad własnym ciałem. Wszystkie procesy fizyczne i chemiczne zachodzące w moim organizmie są teraz monitorowane i ewentualnie konfigurowane przez sieć syntetycznych neuronów, które oplatają lub zastępują stare, naturalne i nie wydajne.
- Chcesz mi powiedzieć, że kontrolujesz nie tylko nerwy, ale i poziom hormonów we krwi?
- Poziom hormonów, poziom każdej substancji chemicznej w moim organizmie. Decyduje o wszystkim, stałem się panem własnego ciała. Patrz – Martin chwycił za zardzewiały skalpel i rozciął sobie skórę na lewym ramieniu. Rana natychmiastowo zaczęła purpurowieć, jakby wdało się zakażenie, pojawiła się ropa, a po chwili z rany pociekła świeża krew, zgniła purpura skóry znikła, a rana zaczęła się zasklepiać. Po kolejnej chwili na skórze nie było nawet najmniejszego zadrapania. – Widzisz, mam pełną kontrolę. To ja decyduje czy chcę, żeby tkanka się naprawiała, czy nie i w jakim tempie. To ja decyduję ile glukozy będą spalać moje mięśnie podczas wysiłku fizycznego, to ja decyduję o objętości pęcherzyków płucnych, średnicy mięśni i źrenic, długości włosów, to ja decyduję o krążeniu krwi, oddychaniu, stężeniu neurotransmiterów w synapsach i sprawności poszczególnych funkcji mózgowych. – Jego głos zaczął drżeć a w oczach pojawił się obłęd – Mogę być prawo i lewo ręczny, mogę zniszczyć swój wzrok a po chwili znów mieć idealny, mogę stracić węch i go odzyskać, mogę niszczyć własne ciało i je na nowo odtwarzać, modyfikować. Mam moc, której nie miał żaden człowiek przede mną, osiągnąłem to, o czym naukowcy przed apokalipsą mogli tylko śnić, stanąłem ponad chirurgami, neurobiologami i cybernetykami świata, jestem na równi z bogiem. Jestem ponad nim, bo jestem namacalny tak jak moje cuda. Nareszcie na wraku świata udowodniłem sam sobie, że empiryzm prowadzi do poznania, przegoniłem Fausta i Nietzsche’go, skradłem boskie sekrety, poznałem tajemnice nad tajemnicami. Stworzony, a nie zrodzony…
- Hej! Opanuj się! – Az miał już dosyć - Nie jesteś bogiem. Modyfikujesz już stworzoną tkankę, której istnienie nie jest twoją zasługą. Potrafisz jedynie zmieniać, niszczyć i ulepszać to, co już gotowe. Nie potrafisz jednak tworzyć z niczego.
- Jak nie?! Udowodnię ci! Raz na zawsze pokażę potęgę nauki! – Martin wykrzyczał, wznosząc zwycięsko ręce ku górze.
- To zajdź w ciążę.
- Hę? Słucham? – Zapał Martina momentalnie zniknął.
- Zajdź w ciążę. Tylko nie mówię tutaj o mechaniczno-syntetycznym płodzie z włókien grafitowych, a o zwykłym, naturalnym, ludzkim dziecku. Jesteś w stanie to zrobić? – Martin patrzył się tylko z rozdziawionymi ustami – POTRAFISZ?! Nie potrafisz, kurwa! Spróbuj zasadzić drzewo! Sprawić by woda znów popłynęła, by nastała noc, spróbuj dać życie zmarłemu, spróbuj dać życie tej planecie, spróbuj cofnąć czas… nic nie możesz poza niszczeniem i ranieniem własnego ciała. Może rzeczywiście już nie jesteś człowiekiem, ale bogiem też nie, podobny jesteś raczej do materii, przedmiotu, do jednego z eksponatów, których masz pełne półki. Zrób sobie miejsce, właź do szuflady i siedź tam jak kukła, jak manekin, którym się zrobiłeś. Spotkasz się ze swoim przeznaczeniem.
Martin usiadł ciężko na kozetce i patrzył na swoje dłonie.
- Wiesz co jest w tym takie piękne? Nie ten pancerz. To tylko powłoka, ale to, co jest pod nim. – Martin podważył płytkę na wnętrzu przedramienia i obu im ukazał się zbiornik, wewnątrz którego była kość, pokryta ścięgnami, żyłami i mięśniami, zanurzona w dziwnej przeźroczystej substancji. Dodatkowo oplatała ją cienka siatka syntetycznych nitek, prawdopodobnie wspomagających działanie kończyny. – Najbardziej w życiu bałem się nie tyle śmierci, co zostania kaleką i bycia zdanym na łaskę innych. Lata po wybuchu wciąż można było natrafić na mrowia zakażonych szczurów. Pewnego dnia takie pojawiły się pod Lonsdale. Pogryzły mnie po rękach i nogach, na moje nieszczęście Amir mnie wyratował. Wdało się zakażenie, groziła mi amputacja wszystkich kończyn. Nie było szans na odratowanie nóg, gdyż rany na nich były zbyt rozlegle. Jednak ręce… w takich czasach ludziom przychodzą do głowy różne pomysły. Jeden z naukowców mówił mi o prototypie, który stworzył, o mechanizmie, który potrafi oddzielić tkankę od reszty ciała na określonym odcinku, dzięki czemu można będzie wstrzymać zakażenie. Zgodziłem się. Tutaj przeprowadziliśmy operację. Bez wiedzy innych członków załogi. Tu, w moim warsztacie. On był geniuszem, kiedy powoli przeszczepiał mi nerwy z tymi syntetycznymi, nie czułem nawet ukłucia bólu, choć mdlałem mu wiele razy z powodu widoku otwartych kończyn, do którego mechanik nie jest przyzwyczajony. Jednak popełnił on gdzieś błąd. Prawdopodobnie nie skalibrował wszystkich nerwów. Teraz to się wydaje takie oczywiste… W każdym razie ocknąłem się na stole miażdżąc mu gardło, a co gorsza nie byłem w stanie zwolnić uścisku… Jednak druga dłoń wydawała się całkiem sprawna, Musiała mi ona wystarczyć do dokonania koniecznych napraw. A potem postanowiłem kontynuować jego dzieło, udoskonalając własne ciało. Wkrótce wstałem z wózka, a potem krok po kroku zmieniałem swoje ciało, aż stałem się, kim jestem. – Zakrył na nowo płytkę i wskazał palcem na niewielkie drzewko zrobione z kabli i drutów, które widocznie umknęło uwadze Aza – Widzisz to drzewko bonzai? Zasadziłem je. Mylisz się Az, jestem bogiem… na miarę naszych czasów.
- Zacznijmy te badania. – Zaproponował Az.
I tak się stało. Seria badań krwi, moczu, zmysłów, sprawności psychofizycznej, reakcji na bodźce zewnętrzne. Tony testów sprawdzających wiedzę, badających zdolności matematyczne i humanistyczne, sprawdzających poziom IQ i inteligencji emocjonalnej. Od prostych pytań zamkniętych, aż do rozpoznawania, co przedstawiają poszczególne obrazki. Testy, badania, ćwiczenia, sprawdziany, które zajęły niemalże cały dzień, choć gdyby chcieć wyjrzeć przez okno, można by stwierdzić, że nie minęła nawet godzina, odkąd Az wstał z pryczy.
Po tym wszystkim Az wycieńczony i skołowany postanowił wrócić do pokoju. Martin chciał go odprowadzić, ale ten odmówił. Dowiedział się jeszcze na odchodne, że jego cenne fiolki czekają na niego bezpiecznie u Amira w laboratorium. Postanowił udać się tam przed powrotem do celi.
Sesja IV
Wkrótce stanął w drzwiach laboratorium, które było na poddaszu Lonsdale. Zajrzał do środka. Był to mały, klaustrofobiczny pokoik z jedną ścianą ściętą i przechodzącą w dach. Było tu wyjątkowo duszno. Pokoik wydawał się strasznie zagracony, jednak wbrew pozorom panował tu wyjątkowy porządek. Mnóstwo stojaków, cylindrów, menzurek i próbówek było rozłożonych na podłużnym stole. Rurki zakręcały się i wiły, przelewając obce substancje z jednych naczyń do drugich. Naftowe zapalniki tliły się delikatnym płomieniem, który muskał spody próbówek i tykw. Gdzieś coś wrzało, gdzie indziej parowało, a jeszcze indziej kipiało na różne kolory. Nad nim, wzdłuż sufitu, na specjalnych wieszakach były przymocowane już gotowe miksturki w skrzętnie podpisanych i posegregowanych fiolkach. Po wzorach chemicznych dało się zauważyć mnóstwo kwasów, zasad, alkoholi, węglowodorów, tlenków i soli. Jednak zastanawiające były menzurki podpisane wzorami, z którymi Az nigdy się w życiu nie spotkał, wzorami zawierającymi skróty nieistniejących pierwiastków.
- Przepraszam, czy mógłbyś się odsunąć, chuju? – Usłyszał zza pleców serdeczny głos.
Odwrócił się i ujrzał wpatrzonego w niego, wychudzonego i kościstego mulata z czarnymi kręconymi włosami. Na oczach miał okrągłe gogle z imponującymi soczewkami, które sprawiały, że jego oczy wydawały się wielkości tych gogli, przez co on sam przypominał muchę. Na ramiona miał zarzuconą jedynie cienką, skórzaną kamizelkę o odcieniu jego skóry. Nosił skórzane spodnie, widocznie dobrane do kamizelki, jednak widać było, że były zdecydowanie przyciasne, więc porozcinał nogawki wzdłuż pionowo. Gigantyczne rybie oczy wpatrywały się w Aza ze strachem i nienawiścią.
- Dobra, przychodzę tylko po moje lekarstwo. – Zaczął tłumaczyć się Az, nie chcąc urazić tego dziwnego człowieka.
- Przepraszam pana, jebańcu, ale nie wiem nic o żadnym lekarstwie, chuju. – Tłumaczył przestraszony, co jeszcze bardziej zdezorientowało Aza.
- Słuchaj, jeszcze raz nazwiesz mnie chujem to inaczej będziemy rozmawiać. Jestem Az, handlarz bronią, którego uratowali twoi towarzysze. Martin mi mówił, że mogę odebrać swoje lekarstwo.
- Ach… lekarstwo! No tak, tak! Chwila… – zaczął się krzątać po laboratorium, zaglądać do szafek i pod stół, a Az mógłby niemalże przysiąc, że ten dziwny osobnik co chwila mruczał pod nosem „ty chuju”, jednak mimo to stał tam cierpliwie niewzruszony. Stał, aż minęło coś około piętnastu minut bezowocnych poszukiwań.
- Dobra, gdzie je ostatnio postawiłeś? Może jakoś się znajdzie. – Powiedział zrezygnowany, najspokojniej jak umiał.
- Co postawiłem? Spierdalaj chuju… twoje lekarstwo Raf zabrał, powiedział, że chce ci je oddać do rąk własnych. Ile razy mam powtarzać?! – Obruszył się Amir.
- A to chuj… - powiedział Az i obrócił się na pięcie w kierunku wyjścia.
- Chuj jak skurwysyn, dobrego dzionka panu życzę! – Usłyszał tylko za sobą.
Ruszył wzdłuż korytarza w stronę balkonu, gdzie zwykle Raf przesiaduje. Jednak w połowie drogi dopadł go dźwięk syreny i tytanowe włazy okienne zaczęły się zatrzaskiwać jeden po drugim. Wkrótce jarzeniówki zgasły a on znalazł się w kompletnej ciemności. Próbował jakoś iść przed siebie po omacku, jednak niespodziewanie skończył mu się grunt pod stopami i zaczął spadać w gęsty mrok. Wylądował na czymś miękkim. Kręciło mu się w głowie. Nagle zobaczył przed sobą punkt światła, ruszył w jego stronę. Nagle punkt rozdzielił się na dwa, potem znowu i znowu. Po chwili punkty światła były wszędzie, jakby był pod kopułą durszlaka. Zadudniło mu w głowie „Pomóż im, pomóż sobie”. Nagle stracił siły i upadł na kolana. Podparł się dłonią i poczuł trawę. Potem usłyszał szum oceanu i poczuł bryzę morską. Chwila upojenia nie trwała sekundy. Wpadł we wściekłość i odzyskał zmysły, wrzasnął w ciemność. „Zabije ich! A potem przyjdę po ciebie! Obiecuje ci!”. „Jaki jest sens śmierci, gdy nie ma już życia?”, odpowiedziało mu echo, po czym dodało: „Czekam, śpiesz się bo kwiaty więdną jak nadzieje.” Po tym miliony punktów rozbłysnęły silnym światłem, a on zerwał się ze snu i chwycił kurczowo przytomności.
Amir stał nad nim i wpatrywał się tymi wielkimi ślepiami, jakby chciał przejrzeć go na wylot albo tak jakby wcale na niego nie patrzył, tylko na tysiąc innych rzeczy w tym samym momencie - jak mucha, dokładnie jak mucha.
- Wszystko w porządku, cipa, usłyszałem hałas, więc chciałem sprawdzić, co się stało i znalazłem, spierdalaj gnoju, ciebie nieprzytomnego. Chyba nikt nas sobie nie przedstawił, Amir, chuju. – Podał Azowi rękę, jednak ten wstał o własnych siłach i zapytał tylko:
- Dlaczego do kurwy nędzy mnie wyzywasz? Naprawdę, aż tak ci się spieszy umierać? Chcesz, żebym wypróbował wszystkie żrące kwasy na białkach twoich oczu? Powiedz mi, kurwa, daj mi jeden solidny argument, żebym miał tego nie robić?! – Zacisnął zęby, czekając a w niegdyś matowych oczach płonął mu ogień.
- To jest, chuj! Choroba, zespół Tureta… nic na to nie poradzę! A pan to mógłby panować nad swoimi emocjami! A nie straszyć kurwa!... i grozić… pierdole!... ludziom pod ich… chuj!... własnym… skurwielu!…- Zrobił się czerwony i musiał wziąć małą pauzę, gdyż się zapowietrzył, aż w końcu wykrztusił ledwie słyszalne - …dachem. - I uciekł, dysząc ciężko.
- Emocjami? – Wyszeptał Az sam do siebie przygnieciony do ściany ciężarem tego, co właśnie zrozumiał.
Musiał odpocząć. Jednak w pierwszej kolejności chciał pójść na balkon do Rafa, odebrać ampułki. Kiedy w końcu tam doszedł, nikogo nie zastał. Siadł ciężko na krzesełku do opalania i chroniony w cieniu parasola patrzył się przed siebie na granice horyzontu. Zmrużył lekko oczy, jakby czegoś wypatrywał i w końcu powiedział sam do siebie „Czas mi ucieka”.
- Słucham? – Zza pleców odezwał się Raf – zająłeś mi miejsce – uśmiechnął się i klepnął Aza w ramię jednak ten ani drgną.
- Słyszałem, że masz mój lek. Mogę go odzyskać? – Powiedział Az dalej wpatrzony w linię horyzontu.
- Oczywiście, tutaj jest – Raf wyjął zawiniątko z kieszeni spodni i podał Azowi.
- Wiem, ile było ampułek. – Az wstał i spojrzał na Rafa.
- Sugerujesz, że ci część podebrałem? – Raf zmierzył wzrokiem odchodzącego Aza.
- A wziąłeś? – Zapytał Az na odchodne i, nie czekając na odpowiedź, ruszył do celi.
Zamknął drzwi celi i rzucił mieszek na podłogę. Nie musiał zaglądać do środka by wiedzieć, że parę fiolek ubyło. Siadł na brzegu łóżka i rozpoczął rytuał otwierania ran na nowo. Tym razem nie chciał zasnąć. Siedział na pryczy, spacerował, ćwiczył, słowem robił wszystko, żeby nie zasnąć i udało mu się. Po dziewięciu godzinach wyczekiwania w drzwiach pojawił się Martin:
- Chodź, dużo przed nami roboty.
Sesja V
Ruszyli bez zwłoki. Wkrótce dotarli do warsztatu Martina. Kiedy Martin zamknął za nimi drzwi, spojrzał na Aza:
- Chcę twojej tkanki. Sprawdziłem wyniki twoich badań i cóż… są całkiem zaskakujące. Wygląda na to, że z powodu promieniowania twoja tkanka sama się regeneruje, ale, co dziwniejsze, pomimo tego nie odpowiada na żadne impulsy tak, jakby była już dawno obumarła.
- Do czego zmierzasz?
- Do tego, że twoje istnienie nagina wszelkie fizyczne, chemiczne i biologiczne prawa. Problem w tym, że twoja tkanka zachowuje się jak obumarła, przez co wyklucza się przekazanie twoich cech innym za pomocą transplantacji czy prostej transfuzji krwi. Jak widać natura zostawia furtki na przetrwanie gatunku ludzkiego i wygląda na to, że ty jesteś jedną z nich.
- Czyli zebrało ci się na ratowanie świata? – Zapytał ironicznie.
- Musimy to zrobić, musimy podjąć ryzyko. – Martin zniżył ton głosu.
- Chyba i tak nie mam wyjścia, tylko się zgodzić?
- Racja, najpierw musimy zbadać, jaki jest limit możliwości twojej tkanki, jaki poziom zniszczeń potrafi generować. Może dzięki temu zrozumiem strukturę i działanie tego mechanizmu i będę mógł przynajmniej spróbować imitować jej zachowania. Jak wszystko pójdzie pomyślnie to ostatnim krokiem będą eksperymenty na przyszłym gospodarzu, czyli przeszczepy, aż do skutku.
- Brzmi znakomicie. – Powiedział z ironią.
- Wiesz, to może potrwać równie dobrze parę dni jak i parę miesięcy czy lat, ale mam nadzieję, że wytrwasz do końca. Musimy mieć pretekst, żebyś tu został, więc kontynuuj rozdrapywanie tych ran na plecach.
- Eh nic się przed tobą nie ukryje… - powiedział lekko zaskoczony.
- Nie martw się, rozumiem cię, wreszcie znalazłeś bezpieczny przyczółek, gdzie możesz przestać nerwowo oglądać się za siebie.
A jednak…
- No, koniec gadania, idziemy cię ciąć. Będzie bolało jak cholera, ale obejdzie się bez znieczulenia. – Powiedział Martin z rozbrajającą szczerością.
- Nie rozśmieszaj mnie – parsknął Az i położył się na łóżku chirurgicznym.
Ostatnie, co widział, zanim zemdlał, to jak Martin odpiłowuje mu nogę gumówką o przyrdzewiałym ostrzu. Odpłynął w bezpieczną nieprzytomność. Spał spokojnie, chyba pierwszy raz nic mu się nie śniło. Nic go nie dręczyło. Do czasu.
Jest taki moment na granicy snów i jawy, na granicy przytomności i świadomości, jedna nienamacalna chwila, podczas której człowiek osiąga niezmącony spokój i jest w stanie zaczerpnąć rąbka wiedzy dla ludzi nie przeznaczonej, wiedzy, której nie znajdzie się w książkach i której nie jest się w stanie przekazać innym, wiedzy, której przeznaczeniem jest pozostanie tajemnicą, dlatego nawet gdy człowiek ją zgłębi, to nie jest w stanie przekazać czy wytłumaczyć jej komukolwiek innemu, staje się ona jego największym darem i brzemieniem. Przez tą jedną chwilę natura człowieka może całkowicie się zmienić, mogą powstać nowe idee, twory, wynalazki, nowe spiski i intrygi. Wiedzą tą może być wszystko, olśnienie o istnieniu bądź nieistnieniu boga lub wielu z nich, emocja, która nie jest znana nikomu innemu na świecie, wzór lub równanie na lekarstwo lub truciznę, plan na pomoc innym albo im szkodzenie - co by to nie było, to wiedza ta wykracza poza ludzkie pojęcia oraz miary dobra i zła. Jest wartością samą w sobie, jest ponad ludzkie pojęcie, ponad ludzkie zrozumienie.
W przypadku Aza w tej jednej chwili, krótszej niż mrugnięcie okiem, niż zabicie serca, zobaczył twarz Flower Maiden, Uśmiechała się do niego życzliwie zza grzywy zielonkawych włosków. I wtedy zdobył swoją tajemnicę – uczucie, którego posiadać nie powinien, uczucie jemu zakazane i obce. A z tego momentu rozbudziło go łaskotanie po nosie. Wybiło go ze snu, pomimo że nie mogły tego dokonać tarcze pił i ostrza skalpeli. Otworzył oczy i zobaczył, że na jego umęczonej twarzy leży zielony włos, który przy każdym podmuchu stężonego powietrza łaskocze go po nosie. Martin krzątał się gdzieś w tle, nie zwracając uwagi na swojego pacjenta, ale Az czekał tylko na potwierdzenie tego, co się stało, tego, co w tym samym momencie przerażało go i przepełniało radością aż po koniuszki palców.
- Co do… - Martin spoglądał nerwowo na kolejne wydruki – twoje tkanki… one ożyły. Przed kilkoma chwilami twój organizm zaczął się rodzić na nowo.
- Wiem, czuję… - wyszeptał Az i wkrótce łaskotanie nosa zastąpiło pieczenie i swędzenie ran i blizn na całym ciele oraz ból kości, które przed paroma godzinami zrastały się w niewyobrażalnym tempie. Jednak cały ten ból był dla niego ekstazą, teraz pił z fontanny życia. Leżał jeszcze tak jakiś czas, wsłuchując się w bicie własnego serca, które zdawało się próbować nadrobić cały ten stracony czas.
- Musimy wsadzić cię pod 24 godzinną obserwację – powiedział Martin, co wybiło Aza z pewnego rodzaju letargu. – Twoje ciało jest teraz zbyt delikatne, niegotowe na przeszczep, musimy podjąć wszelkie środki ostrożności, żebym cię niechcący nie zabił.
- Yhy – Az kiwnął głową zamroczony niezliczoną ilością zakończeń nerwowych, które teraz bombardowały jego mózg niezliczoną ilością impulsów.
Wkrótce został podpięty do aparatury monitorującej wszystkie reakcje i funkcje jego organizmu. Czas przestał płynąć. Wszystko sprowadziło się do napięcia na jego skórze, odgłosie krwi pompowanej z serca do tętnic, ustawicznemu poszerzaniu się i kurczeniu płuc, burczeniu w brzuchu i łzawieniu oczu od nadmiaru światła jarzeniówek.
Sesja VI
Az nie wiedział, ile czasu tak leżał, nie wiedział, kiedy Martin, zmęczony ciągłym wpatrywaniem się na ekrany pełne wykresów, poszedł spać. I nie wiedział w końcu, kiedy Raf przyszedł i stanął nad nim. Az wyczuł jego obecność momentalnie. Czas wrócił, wszystko stało się znów jaskrawe i wyraźne, a on przypomniał sobie, po co tutaj jest.
- Te oleje balsamujące na długo się nie zdadzą, bo gnijesz od środka – mówił Az nawet nie spoglądając na Rafa.
- Skąd ty… - zająknął się Raf.
- Bo mamy wiele wspólnego, obaj tak mocno trzymamy się życia, że jesteśmy w stanie zrobić wszystko, żeby tylko trwać dalej, nawet jeżeli oznacza to wegetację.
- Wsadź sobie przemowy w dupę i mnie słuchaj. Widzę, co z tobą się stało, jaką przemianę przeszedłeś i mam zamiar to wykorzystać. Zdradź mi recepturę na ten twój „lek”, a cię teraz nie zabije. To jak będzie… Jeźdźcu Apokalipsy?
Az na chwilę zamarł. Od kiedy on wiedział? Jak? I po co go trzymał przy życiu zamiast wydać od razu?
- Skąd ty…
- Bo wyczułem twój smród tak jak ty mój, kiedy tylko cię zobaczyłem w tym pickupie, bo wiedziałem od zawsze, że któregoś dnia przybędziesz jako ostateczny test naszego posterunku.
Az nie rozumiał ani jednego słowa z tej historii, ale wiedział, że Raf nie kłamie, że ten albinos wie o wiele więcej niż cała reszta.
- Czego pozwoliłeś mi wejść? – Zapytał beznamiętnie.
- Bo wiem, że cały ten test nie ma sensu. Ten posterunek półtora wieku temu był pełen ludzi, a teraz zostaliśmy tylko my, trzech facetów, którzy robią zakłady czy najpierw umrą, czy zwariują. Oni są skazani na spędzenie całego życia w tym więzieniu, ja jestem skazany na bycie tu całą wieczność. Czekałem na twoje przybycie, każdego dnia z nadzieją wypatrywałem horyzontu. Albo znajdziesz sposób, żeby mnie zabić, albo żeby mnie stąd uwolnić, tak czy inaczej zyskam wolność, wiec gotów byłem zaryzykować.
- O czym ty gadasz? Jaki test? Kto ci powiedział o moim przybyciu, skoro nie zostawiam za sobą świadków mojego istnienia?
- To się teraz nie liczy, liczy się tylko to – wyjął z kieszeni przezroczystą fiolkę z bordowym płynem wewnątrz i pokazał Azowi – chcę znać recepturę, zapłacę każdą cenę.
- Zdradzę ci ją z przyjemnością – Az uśmiechnął się nieszczerze – wszystkie składniki od zawsze miałeś w zasięgu ręki, pytanie tylko czy zależy ci na tym aż tak bardzo, żeby sięgnąć po część z nich.
Raf wyjął zza kamizelki pomiętą kartkę i ołówek, następnie podał je Azowi. Ten szybko wypisał wzory chemiczne kolejnych składników. Podał kartkę Rafowi. Ten przejrzał listę i zamarł.
- Większość składników znajdziesz u Amira. Poza ostatnim. – Powiedział Az ucieszony z reakcji Rafa.
- Wyciąg ze świeżego ciała migdałowatego? Co to właściwie jest? – Zapytał skonfundowany.
- I tu się zaczyna zabawa. To taka niewielka część w ludzkim mózgu. Za co jest odpowiedzialna i gdzie się dokładnie znajduje, o takie rzeczy wypytaj Martina, bo to nie jest istotne. Liczy się tylko jak je zdobędziesz? Jak daleko będziesz w stanie się posunąć? – Az poczuł chłód rozprowadzający się po całym jego ciele.
- Wydłubię je z ciebie. – Powiedział przez zęby Raf.
- Zła odpowiedź. – Mówił Az niewzruszony - Uwierz mi, chciałbym ci pomóc, ale ja sam takiej nie posiadam, tak samo jak ty, to jest częścią naszego przekleństwa. Myślę, że musisz skierować wzrok na któregoś z braci… tylko, który pierwszy? Pamiętaj, że jednego musisz zostawić sobie na później…
Droga Aza
Raf wybiegł wściekły i podekscytowany z garażu. Wtórował mu tylko śmiech Aza odbijający się od ścian. Biegł na strych do Amira po odpowiednie związki chemiczne. Korytarze i schody pętliły się przed oczami, a w głowie wirowało milion myśli, żeby tylko zagłuszyć odgłos rozsądku. Już dawno podjął decyzję. Nie przypuszczał jednak, że Az też ją znał. Wbiegł do laboratorium i zabrał niezbędne składniki. Amir zdawał się go nie zauważać, gdyż był zbyt otumaniony oparami własnych tworów. Mógł go zdobyć, ostatni składnik, w tym momencie bez większego wysiłku, jednak wiedział, że to właśnie przed Amirem będzie mógł wszystko ukryć na pewien, wystarczający, okres czasu.
Zawsze w laboratorium, zawsze bezbronny, zawsze na mutagenach...
Kiedy zdobył składniki ruszył na poszukiwanie Martina. Dusza rewolweru w jego kaburze cieszyła się, że w końcu spełni się w tym, do czego została stworzona.
Już z korytarza zobaczył Martina w garażu, idącego w kierunku kozetki, na której spoczywał półprzytomny Az. Kiedy przechodził przez stalowe odrzwia, poczuł gęsią skórkę wywołaną chłodem panującym w pomieszczeniu. Stanął za postawną sylwetką Martina, sięgnął po rewolwer, wymierzył, odblokował i pociągnął za spust. Krew Martina zaplamiła płótno, którym był okryty Az, a jego ciało z brzdękiem runęło na posadzkę. Raf drżąc podszedł do zwłok.
- Przepraszam… – wyszeptał tylko, a teraz zwrócił się w stronę Aza – wygrałeś…teraz nic ci nie stoi na przeszkodzie, żeby dopaść Flower Maiden.
- Ależ ja się nigdzie nie wybieram. – Odpowiedział, nie otwierając oczu.
- Czemu?
- Bo nie chcę jej skrzywdzić.
- Wszystko jedno, chcę być w końcu wolny… - zrezygnowany, teraz bardziej zwracał się do martwego Martina niż Aza.
- Ależ jesteś wolny, dokonałeś wyboru tak jak ja. – Az mówił nie zmieniając tonu głosu ani wyrazu twarzy - Zadziwiające jak jesteśmy podobni. Przez te wszystkie lata chroniłeś ich, patrzyłeś jak rosną, a to tylko dlatego, że nie dano ci możliwości, jaką ja przyniosłem ze sobą ze świata na zewnątrz. Słuchaj…
- NIE! – Raf wykrzyczał zaciskając pięści - To ty mnie posłuchaj! Nie masz pojęcia jak to jest żyć ze świadomością, że prędzej czy później zostanę tutaj całkiem sam, że będę tutaj zamknięty w nieskończoność albo do czasu aż odniosę porażkę. To… – wskazał na Martina – Tylko przyspieszyłem bieg wydarzeń, wyświadczyłem mu przysługę a on wyświadczy mi.
- Doprawdy? – Lodowaty uśmiech przeszył twarz Aza. - Spójrz, zastanów się. Jedynym sposobem, żeby go zabić był strzał w potylicę…dobrze się przygotowałeś, wiedziałeś, że mogłeś mu strzelić tylko w głowę, ale umknęło ci, że tym samym rozbryzgałeś te cenne ciało migdałowate jak i resztę jego mózgu po całym pokoju…
- Co…- Raf odsunął się od Aza, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał. – to niemożliwe…
- A Amir? – Jednak Az kontynuował beznamiętnie. - Mutageny zrujnowały strukturę jego mózgu. Jego ciało migdałowate jest bezwartościowe. Rozumiesz teraz…dałem ci recepturę tylko po to, żeby patrzeć na twój upadek, a nie po to, żeby ci pomóc.
- NIE!!!! Ty skur…-Raf nie skończył, bo słowa uwięzły mu w gardle, wyciągnął tylko rewolwer i drżącą ręką wymierzył w Aza. – Dlaczego?! – Wyłkał błagalnym tonem.
- Dlaczego? – Az otworzył oczy i spojrzał na Rafa. Uśmiech zniknął z jego twarzy. - Ponieważ jam jest jednym z Jeźdźców Apokalipsy. Zrodzonym na łonie martwych ciał, wychowanym przez Nienawiść i Winę, Wojnę i Pogardę, Żal i Samotność, umarłym za życia, waszym przekleństwem i ratunkiem. Jestem ostatnim przeraźliwym wrzaskiem gwałconej Matki Ziemi, jestem dopełnieniem niespełnionej Apokalipsy. Jestem Śmiercią, prawem natury. Żaden z was nigdy nie stał mi na przeszkodzie, żeby dostać się do Flower Maiden. – Teraz znów się uśmiechnął - Wiesz, że i tak mnie nie zabijesz. Jesteśmy z tej samej gliny. Lepiej idź, teraz jesteś wolny. Idź poznawać świat na zewnątrz, bo właśnie stałeś się jego częścią. Twoja misja tutaj dobiegła końca.
Raf zaczął cofać się oniemiały, aż w końcu jego plecy natrafiły na ścianę. Zsunął się po niej na posadzkę, podkulił nogi i schował twarz za skrzyżowanymi ramionami. I tak już został, na długo.
Az natomiast przymknął oczy i pomyślał: „Nic ci nie zrobię dopóki będziesz w moich snach”. Jednak od tej pory nie mógł zasnąć. Słyszał tylko bicie własnego serca. Czuł jedynie wyrzuty sumienia i tęsknotę za Flower Maiden. Czekał na wybaczenie. Leżał z zamkniętymi oczami, kiedy cały świat się odradzał. Czas dla niego się zatrzymał. Przegapił odrodzenie ziemi, która pęczniała życiem przez kolejne stulecia. W końcu jego świat obrócił się w proch tak jak dwa szkielety w garażu i cały posterunek Lonsdale. Wszystko zaczęło tonąć w świeżej ziemi, aż w końcu jego ciało też zostało pochłonięte, a wtedy dopiero poczuł jak Flower Maiden go obejmuje. Jej ciepłe ręce oplotły się wokół jego torsu a głowa wtuliła się w jego kark. Zasnął. A ostatnie, co czuł to kiełkująca trawa.
Sesja VII
Raf wybiegł z garażu wściekły i podniecony jednocześnie, słysząc za sobą przytłumiony rechot Aza. Błąkał się korytarzami a milion myśli wirowało mu w głowie. Musiał wyjść na powietrze, na balkon, siąść i się zastanowić. Na spokojnie, logicznie.
„Te wszystkie lata, patrzyłem jak dorastali i umierali ich rodzice i dziadkowie, jak dorastali oni. Tyle lat w tym więzieniu z jedynym celem przeczekania do następnego dnia. Zrobiłbym im przysługę. Jeden strzał i po krzyku. Byliby mi wdzięczni, jeszcze kilkanaście lat i sami będą mnie błagać o to samo. Amir w swoim laboratorium nic nie usłyszy. O niczym się nie dowie przez długi czas. Nawet się nie zorientuje do czasu, aż przyjdzie jego kolej. A potem w końcu będę wolny. A Az niech robi, co chce. Niech dopadnie Flower Maiden, to jej przeznaczenie… Flower Maiden…”
Raf zatrzymał się na chwilę. Przez te wszystkie lata prawie nigdy nie wspominali o niej, więc praktycznie zapomniał o jej istnieniu, a przecież posterunek został stworzony właśnie po to, żeby ją chronić. Tylko po to. Dlaczego ma poświęcać życie swoich braci, skoro może pozbyć się tej, która jest powodem ich cierpienia. Jeżeli Flower Maiden zginie, Raf, Martin i Amir będą wolni. Dręczyła go tylko jedna rzecz. Jak właściwie można się do niej dostać. Jednak już wiedział, że prędzej czy później znajdzie jakiś sposób.
Tymczasem w garażu czytniki zaczęły wariować. Martin wleciał do pokoju i rzucił okiem na monitor. Nie mógł oderwać wzroku, analizując każdy wykres i wydruk. Zaczął szeptać pod nosem sam do siebie: „Wzmożone bicie serca, poszerzenie naczyń krwionośnych, skurcze mięśni, skoki poziomu adrenaliny”, w końcu spojrzał się na Aza i ze zdziwieniem zapytał:
- Az, czego się boisz?
- Nie mam pojęcia, ale jest mi z tym niedobrze – odpowiedział skonfundowany Az.
- Dziwne, bardzo dziwne.
Sesja VIII
Tytanowe okiennice i włazy zatrzasnęły się, oddzielając wnętrze Lonsdale od reszty świata. Wewnątrz posterunku zapadła noc. Znużony Martin wkrótce ruszył do swojej komnaty na należyty spoczynek. Próbował tylko zrozumieć reakcję organizmu Aza, która trwała nieustająco przez dobrych paręnaście godzin, co jest fizycznie niewykonalne. Jednak szybko sen oplótł jego myśli.
Raf nie zamierzał spać. Zszedł głęboko do piwnic, gdzie znajdowały się stare magazyny i cele założycieli tego posterunku. Szukał swojej. Wkrótce znalazł to, czego szukał i przy silnym świetle halogenu wziął się za analizę planów architektonicznych posterunku Lonsdale.
Az próbował zasnąć, jednak nie mógł. Nowe, nieprzyjemne uczucia nawiedzały go z każdą chwilą. Strach, poczucie winy, wyrzuty sumienia, wszystko to zalało wcześniejszą, spokojną pustkę, do której tak przywykł. Przewracał się z boku na bok, aż w końcu jego usilne próby zaśnięcia przerwała sylwetka, która pojawiła się w drzwiach.
- Amir? – Zdziwił się Az.
- Wzrok pana nie zawodzi nawet w ciemności. – Odpowiedział z manierą.
- Zaraz, a gdzie się podziały przekleństwa?
- Hmmm? Nie rozumiem pana, nie mam w zwyczaju przeklinać, to takie hmmm niedojrzałe.
- Ciekawe. Co cię do mnie sprowadza?
- Nie co, a kto. Sama Flower Maiden. Mam dla pana coś, co pomoże panu zasnąć – mówiąc te słowa, Amir podszedł do Aza ze strzykawką.
Az chwycił Amira za przegub chcąc go zatrzymać, jednak wszystkie jego wysiłki zdawały się iść na marne. Próbował się szarpać i odepchnąć karykaturalną postać od siebie, jednak jego ręce zdawały się być bezsilne, bezwładne. Po chwili poczuł ukłucie i ciepła substancja wdarła się do jego krwiobiegu. Ostatnie co zobaczył, to rybie oczy patrzące na niego zza gogli.
W krainie snów Az stał przed wschodnią ścianą posterunku Londsale. Ziemia jak i cała ściana były pokryte działkami. Wszędzie leżały trupy kifów. Zaczął zbliżać się do małego okienka z kratami. Wtem, wszystkie ciągnące się poza horyzont wieżyczki skierowały swój ogień ku niemu. Jednak nic nie czuł. Pociski przechodziły przez jego ciało, jakby był duchem. Szedł dalej przed siebie, potykając się o trupy przerośniętych owadów. Był coraz bliżej otworu. W końcu stanął przed nim i zajrzał do środka. Przez kraty ujrzał Flower Maiden w niewielkim, sześciennym pomieszczeniu zalanym wodą po kostki. Zdawało mu się, że czuje mdły zapach wilgoci i kwitnących kwiatów. Krople wody skapywały z sufitu i spływały po ścianach pokrytych pnączami i mchem. Na wodzie leniwie dryfowały lilie wodne, które tworzyły coś na kształt sukni. Sama Flower Maiden klęczała na środku, jednak gdy zobaczyła twarz Aza, zasłaniającą jedyne źródło światła w całym pomieszczeniu, drgnęła i powstała powoli, zbierając za sobą lilie z całego pomieszczenia, zrywając bluszcze i pnącza pozawijane w spoiwa między kamiennymi blokami. Wyciągnęła ręce w kierunku światła i powoli sunęła się w jego stronę.
- Uratuj mnie, pomóż mi. – Szeptała.
- Nic ci nie grozi.
- Boję się – odpowiedziała a jej dłonie spoczęły na policzkach Aza.
Jej palce zaczęły badać jego twarz tak, jakby nie mogły sobie pozwolić na opuszczenie choć jednego szczegółu. Zakryła mu oczy, a gdy odkryła, zobaczył, że za nią, w rogu pokoju, rozbłysnął okrąg światła. Po chwili wyszedł z niego Raf. I czas się zatrzymał, a wszystko stało się krystalicznie jasne dla Aza. Wiedział jak ten sen się skończy. Raf wyciągnie rewolwer i nie zawaha się strzelić. Jednak nie chciał tego oglądać. Z całych sił musiał się obudzić i zacząć działać. A miał jeszcze jednego asa w rękawie, którego zachował na tego typu okazję.
Sesja IX
Gdy się tylko obudził, zerwał się z kozetki i, choć początkowo zawirowało mu w głowie, ruszył przed siebie do głównej bramy. Po drodze wziął ze sobą z magazynu flarę i swój shotgun SPAS-12 wraz z kaburą. Kiedy wyszedł na zewnątrz, otworzył bramę i wystrzelił flarę. Potem aktywował alarm antykifowy i uwięził na jakiś czas załogę Lonsdale w tytanowej klatce. Wkrótce na horyzoncie wzniosły się tumany kurzu. Teraz tylko dezaktywował zachodni łuk działek stacjonarnych i czekał przy otwartej bramie na gości.
Dobrze Raf, będziesz wkrótce miał tyle składników, że doczekasz drugiej apokalipsy. Ci głupcy z gangu. Ich głupotę przewyższa jedynie ich chciwość. Tylko dlatego pozwoliłem wam przeżyć, żeby was użyć. Najpierw, żeby zaaranżować atak na mojego pickupa, a teraz, żeby użyć was jako mięsa armatniego. Taaaaak. Chodźcie tu. Z całym swoim gniewem i żądzą zdobycia tego całego arsenału ukrytego w Lonsdale. Przecież właśnie dlatego jest tak dobrze chroniony. Przecież tak wam powiedziałem. Możecie mi zaufać. Sam wam dostarczałem broń, bo w końcu dzięki temu wykonywaliście za mnie część brudnej roboty. Ale teraz już nie będziecie mi potrzebni. Atakujcie z całą swoją zawiścią i wściekłością. Przecież otworzyłem wam bramę, wyłączyłem system obronny. Tak jak się umawialiśmy...
Chmura kurzu zbliżała się w zastraszającym tempie. Już dawno zmotoryzowany gang wjechał w zasięg wieżyczek, jednak te nie reagowały. To dodało im pewności siebie. Około stu uzbrojonych po zęby, nie znających litości morderców i wyrzutków nauczonych, że przetrwanie zapewni im jedynie siła i agresja, zbliżało się w stronę Aza. Ten natomiast poczuł dawny spokój i chłód. Jedyne, co mu zaprzątało teraz głowę to, żeby nie dopuścić do tego, żeby choć jeden z nich przeżył. Wszyscy w równym stopniu zasługiwali na śmierć, a łaska czy litość nie idą w parze ze sprawiedliwością. Zacisnął ostatnie rzemienie na pasie od kabury przechodzącego w poprzek jego piersi i czekał tak w samych wytartych spodniach, połatanej białej koszuli, całkiem boso.
Minęło parę minut i cały gang już był gotowy do plądrowania, czekając przy bramie. Ich lider podszedł do Aza, który blokował przejście, a cały tłum stanął murem za nim. Miał wygoloną głowę i fałdy tłuszczu zwisające mu na szyi, co było prawdopodobnie wynikiem mutacji albo problemów z tarczycą, bo reszta jego ciała była potężna, ale daleko jej było do wizerunku tłustego nieroba. Przerastał Aza o głowę. Ubrany w czarne skórzane spodnie i wytartą kurtkę. Stanął przed Azem, skrzyżował ręce na piersi i powiedział, szczerząc się i odkrywając przed nim około siedemdziesięciu procentowy brak uzębienia:
- No, no, no, spisałeś się chłopie! – Klepnął Aza w ramię – Myślałem z chłopakami, że z tego nie wyjdziesz cało. Ile to dni minęło? Nie chcę nawet wiedzieć jak to zrobiłeś. – Az nie miał zamiaru mu mówić, nie było sensu skoro i tak zaraz zginą. – Ilu jest w środku?
- Trzech.
- Trzech?! - Lider oniemiał, starał się coś powiedzieć, ale nie mógł znaleźć słów.
- Dobra, ja dokonałem swojej części umowy. Teraz twoja kolej. – Powiedział Az w rzeczywistości na nic nie licząc.
- Oj, już nie pamiętam, co to było… Chłopaki! Wy pamiętacie może? – Tłum pokiwał przecząco, szczerząc się obrzydliwie.
- Flower Maiden. – Az przedłużał zabawę.
- Ach no tak, przecież powiedziałem ci, że wiem, gdzie szukać Flower Maiden. Tak się składa, że to zmyśliłem, a teraz nie będziesz miał chyba nic przeciwko jak zejdziesz na bok i będziesz się cieszył, że darowaliśmy ci życie.
Az uśmiechnął się tylko lekko. Uwielbiał być prowokowany. To znacznie ułatwiało sprawę. Wyjął shotguna i przeciągną kolbą po piachu tworząc linię oddzielającą go od członków gangu.
- Słuchajcie uważnie! Kto przekroczy tą linię, zginie! – Powiedział tak, żeby wszyscy usłyszeli.
Gang odpowiedział mu szyderczym śmiechem, jednak wkrótce śmiech zamilkł a nikt nie drgnął. Az wiedział, że członkowie gangu parę razy widzieli, do czego jest zdolny i że wzbudzał w nich strach, ale miał cichą nadzieję, że mimo wszystko przynajmniej ich boss nie stchórzy. Mylił się.
W końcu zrezygnowany poziomem swoich przeciwników, a raczej niedoszłych ofiar, paradoksalnie sam przekroczył linię, w tym samym momencie strzelając z shotguna szefowi bandy w krocze. Osiłek padł na kolana, wyjąc z bólu i jedyne, co usłyszał, zanim został dobity, to: „Kiepsko kłamiesz”. W mgnieniu oka w ruch poszły pałki, łańcuchy, noże, pistolety i karabiny. W następnej chwili słychać było zgrzyt łamanych kości, skwierczenie płonących ciał i wrzask, jaki wydobywa się z gardeł podczas obrywania kończyn. Właściwie wrzask zagłuszał wszystko inne. Kiedy krzyki zamieniły się w łkania i bulgot wydobywający się z krtani niedobitków, właśnie dławiących się własną krwią, tytanowe grodzie zaczęło się rozwierać. Po chwili cała trzyosobowa dywizja Lonsdale wybiegła na zewnątrz. I wszyscy zamarli widząc, co się stało. Az umorusany posoką stu obcych mu osób odwrócił się w końcu i natrafił na pytające spojrzenia.
- Zaatakowali jak Rafa nie było na posterunku – skinął na balkon – nie miałem czasu, żeby was zawiadomić, więc dla waszego bezpieczeństwa zamknąłem was wewnątrz.
- Bezpieczeństwa? Przecież jesteśmy tutaj bezpieczni! Jakim cudem przedarli się przez działka?! – Martin wciąż nie dowierzał.
- Ja je wyłączyłem, kurwa, jak robiłem przegląd zużycia mocy, dupa, na generatorach. – Wystrzelił Amir i zaszokował wszystkich.
- Ty przeklinasz?! – Powiedzieli na raz Raf i Martin. Jednak Aza dziwiło bardziej, czego wstawił się za nim.
- Jak się kurwa stresuje to, dupa, tak mi się, pierdolić, robi… - odpowiedział Amir. – Lepiej pójdę aktywować te obiegi, na razie, dziwki.
Martin podszedł do Aza, spojrzał mu przez ramię na wszystkie trupy i zauważył, że niektóre z nich jeszcze się tliły.
- Ty… TY! TY JESTEŚ ARCYDZIEŁEM! – Zachwycał się Martin. – Jakim cudem znasz arkana pirokinezy? Da się tego nauczyć?
- Zaskoczyłeś mnie, myślałem, że po tym, co tu zobaczysz, będziesz się mnie bał. – Powiedział Az beznamiętnie.
- Bał?! Pierdolisz. Spotkamy się u mnie w laboratorium i to szybko. Muszę zrobić parę testów na ten twój „talent”. To może okazać się bardzo, bardzo pomocne.
Martin zniknął w mgnieniu oka wewnątrz Lonsdale. Az powoli ruszył za nim. Kiedy mijał Rafa, szepnął mu tylko, zaciskając zęby:
- Szczęście ci sprzyja, już nie musisz zabijać braci.
I ruszył w swoją drogę. Raf krzyknął jeszcze za nim: „Czego ją bronisz?!”. Jednak Az nie raczył odpowiedzieć. Uśmiechnął się jedynie gorzko do samego siebie, kiedy zdał sobie sprawę, że nawet gdyby chciał, to nie wiedziałby, co odpowiedzieć.
W końcu pole, na którym odbyła się rzeź, zostało zostawione samemu sobie. Jednak nie na długo. Po kilkudziesięciu minutach z wrót Lonsdale wynurzył się albinos. Kieszenie u bojówek miał wypchane obcęgami, pęsetą, nożem chirurgicznym i rękawicami, w prawej dłoni trzymał piłę chirurgiczną a w lewej najzwyklejszy, pięciolitrowy słoik. Przystąpił do krwawego rytuału. Na początku niezgrabnie i z obrzydzeniem, jednak już po godzinie był niczym sęp, który bezbłędnie i w mgnieniu oka przebijał się przez grubą skorupę czaszki, a potem wybrednie wybierał jeden jedyny smakołyk z ciała ofiary.
Jedyne, czego teraz chciał to, żeby była noc. Może, dlatego że zmywa ona wstyd, pozwala na więcej. A może, dlatego że takie rzeczy najlepiej robić w mroku cienia, gdzie szczegóły i detale są niewyraźne, a następnego dnia można sobie wmówić, że to był tylko sen. Jednak zbawcza noc nie przyszła, przez cały ten czas gorące słońce oświetlało każdy jego ruch, każde nacięcie, każde szarpnięcie i krystalizowało się w słoiku, który z czasem napełnił się kompletnie. Tak, słońce było jedynym, niemym świadkiem tego, co się działo i widocznie podobało mu się to, skoro nie dało swojej siostrze – nocy – popatrzeć.
W końcu skończył swoją pracę. Wycieńczony i umorusany cudzą krwią ostatecznie mógł odetchnąć. Wrócił do człowieczeństwa i jak człowiek zwymiotował z obrzydzenia, w skwarze i odorze dobywającym się z setki martwych ciał. Smród sprawił, że łzawiły mu oczy… a może po prostu płakał. Splunął, otarł usta i zwrócił się w stronę bramy Lonsdale, jednak na drodze stanęła mu znajoma sylwetka, wpatrzona w jego dzieło przez swoje gogle.
- Trzeba będzie coś zrobić z ciałami. – Zaczął Amir, jakby nic sobie nie robił z dziwnego rzemiosła Rafa.
- Można je spalić – odpowiedział Raf, bojąc się spojrzeć Amirowi w oczy i starając się ukryć pokaźnych rozmiarów zapełniony słoik za plecami.
- Ja bym je zakopał, użyźnią glebę.
- To je zakopiemy – odpowiedział zrezygnowany.
- Musimy pozbijać krzyże.
- Jak chcesz.
- Trzeba też zebrać broń.
- Dobrze.
- I przeszukać ciała.
- Ehh – westchnął zrezygnowany Raf, bo już zrozumiał, że Amir nie zamierza mu dać spokoju. – W słoiku mam kawałki ich mózgów. Tak, rozłupałem każdemu z nich czaszkę, a potrzebne mi to na zrobienie lekarstwa dla siebie, jasne?
- Po co chciałeś to przede mną ukryć, skoro dobrze wiesz, że za kilkanaście minut nie będę tego pamiętał?
- Chyba chciałem to ukryć przed samym sobą…
- Raf, zrobiłem wino. Co prawda syntetyczne i więcej w tym siary niż wody, ale wątpię, żeby ktoś wybrzydzał.
Raf objął Amira przyjacielsko i ruszyli w stronę wrót Lonsdale. Na progu Amir odwrócił się i powiedział:
- Trzeba będzie coś zrobić z ciałami.
- Yhm – Raf przytaknął.
- Ja bym je spalił.
- To je spalimy. – Powiedział Raf i dodał – Chodź, musimy wznieść toast za Aza.
- Kogo?
- Opowiem ci po drodze. – Powiedział Raf i weszli do wnętrza posterunku Lonsdale. Drzwi zatrzasnęły się za nimi.
Sesja X
Tego samego dnia, godzina 21:10. Balkon Lonsdale.
- Ktoś był po Aza? – Zapytał Martin.
- Tak, tak, powiedział, że się pojawi za chwilę. – Odparł Raf.
- Wiecie, te wino przygotowałem na specjalną okazję. – Amir zaczął – według moich obliczeń dziś w „nocy” będzie widać gwiazdy przez co najmniej kilka minut. To chyba pierwsza taka anomalia od… odkąd pamiętam.
- Gwiazdy? – Az wszedł bezszelestnie i już dzierżył w dłoni jedną z butelek wina.
- Ano! – Amir się podekscytował.
- Lepiej się zastanówcie, co zrobić z ciałami. – Odpowiedział ponuro Az.
- Az, zrób nam przysługę i spal je wszystkie – zażartował Martin, po czym wziął dużego łyka.
To była ich pierwsza beztroska noc od dłuższego czasu. Cała czwórka sączyła sobie powoli wino i rozmawiała o błahych sprawach. Wspominali zabawne historie, anegdoty, a Az słuchał, gdyż nie miał czym się dzielić. Jednak nikt na to nie zważał. W końcu o północy na błękitnym, jasnym niebie zaczęły pojawiać się migocące punkty. Wszyscy zamarli w milczeniu z szyjami wyciągniętymi ku górze, wpatrując się w bezkres galaktyki, który wcześniej zdawał się być zepchnięty na bok przez słońce, które zdobyło hegemonię na widnokręgu.
- Wow… – wydusił z siebie Amir bezwiednie. – Nigdy nie zapomnę tego widoku!
- Zastanawialiście się czy wszechświat się kończy? – Zaczął Martin już wstawiony.
- Albo czy jest tam ktoś oprócz nas? – Zawtórował Amir.
- Mam nadzieję, że tak – zaczął Martin – myśl, że cały ten wszechświat jest tylko dla nas, przeraża mnie, znaczy, w jakim kierunku to zmierza, i po co to? Jeżeli jesteśmy jedyni to znaczy, że jesteśmy wyjątkowi, wybrani, ale w jakim celu? Jaki był sens stworzenia ludzkości i tego całego uniwersum tylko dla nas, skoro nawet nie znamy naszego celu…
- Cały wszechświat nasz a my nie daliśmy rady utrzymać przy życiu jednej planety… A co jeśli rzeczywiście wyparujemy i nic się wtedy nie stanie? Wszystko będzie istniało dalej, tylko nie będzie miał kto tego spisywać, doceniać, niszczyć i doskonalić. – Az kontynuował myśl Martina.
- Samo zastanawianie się nad tym przytłacza mnie bardziej niż wszelkie kwestie o istnieniu Boga. – Zauważył Martin zamyślony.
- A to jest ciekawe? – Zainteresował się Az.
- No bo z Bogiem to jest prosto. Przynajmniej można się domyślać. Powstał wraz z człowiekiem. Możliwe, że równo ze swoim powstaniem stworzył wszystko, bo nie wierzę w to, że musiał się zastanawiać czy podlegać czasowi, to jest w końcu Bóg, nie mógł istnieć jakiś czas i nagle wpaść na pomysł stworzenia ludzkości, myślenie jest rzeczą ludzką, u niego to był impuls, więc pewnie równo ze swoim powstaniem stworzył całą resztę, poza czasem. – Kontynuował swój wywód Martin.
- Że niby nie byliśmy zaplanowanym dziełem? – Zapytał Amir.
- Czysty przypadek, zrządzenie losu. Czy to wytłumaczysz Bogiem, panspermią, czy ewolucją, zawsze dojdziesz do tego samego wniosku, kiedy zaczniesz brać pod uwagę, że jesteśmy sami we wszechświecie, który nie ma końca. Nie ma dla nas celu. Jesteśmy rzuceni samym sobie na pożarcie. Będziemy w nieskończoność osiedlać kolejne planety i prowadzić wojny.
- Właśnie to jest waszą apokalipsą – wtrącił Az – i to jest w niej najstraszniejsze. Ona trwa ciągle. Ta nuklearna katastrofa to tylko nieszczęśliwy wypadek, ale daleko mu do końca świata. Apokalipsa nie jest nagła i destrukcyjna w waszym przypadku, ona będzie ciągnęła się tysiącleciami i mileniami, wypalając powoli człowieka w człowieku. Ona trwa wiecznie przy boku człowieka od samego początku jego pojawienia i nigdy się nie dokona. Będzie trwać tak jak rasa ludzka.
- Chciałbym doczekać czasów, aż zaczniemy zdobywać resztę wszechświata – Raf zdawał się mówić do siebie, patrząc przez szyjkę na denko butelki – wtedy na nowo na mapach będą miejsca jeszcze nie odkryte. To będzie krótki okres czasu, w którym ludzie znów dostaną szansę bycia wolnymi, całkowicie. Będzie można błąkać się jak bezdomny pies po miejscach, które nie zostały jeszcze nazwane. Tak, chciałbym żyć w tych czasach, wtedy byłbym szczęśliwy.
- Raf, opowiedz nam jeszcze raz tę historię, o tym jak się obudziłeś – nalegał Amir, a Raf przytaknął tylko i wyjął zza koszulki krzyżyk powieszony na szyi.
- Jesteś wierzący? – Zapytał Az zdziwiony, gdyż nauczył się, że wszelka religia została pogrzebana wraz ze starym światem.
- Nie – odpowiedział Raf – To taka pamiątka, od kogoś. Nie wiem nawet, od kogo. Widzisz, nie pamiętam niczego sprzed wybuchu. Pierwsze moje wspomnienie to jak budzę się w zniszczonym świecie. W obdartym garniturze i z tym krzyżykiem na szyi. Obok mnie leżał wypalony trup w sukni ślubnej. Kiedy się podniosłem, zobaczyłem zniszczone ławy i szczątki innych ludzi. To był mój ślub. Wtedy spojrzałem w górę, tam gdzie powinien być strop kaplicy, była jedynie gęsta chmura czarnego popiołu i dymu. I wtedy ujrzałem słupy światła wystrzeliwujące w górę. Cieniutkie nitki, jednak na tyle jaskrawe, że ich światło przebijało się przez chmurę czadu. To nie były rakiety, to były kapsuły. Wtedy zrozumiałem, że jakaś garstka ludzi przetrwała i że jest szansa, jest nadzieja, że kiedyś powrócą na tą planetę po resztę niedobitków.
- Nie ma żadnej gwarancji, że udało im się osiedlić gdzieś indziej. – Przerwał Az.
- Nie ma, ale wiara w to dała mi chęć do życia. Nie chodzi o to czy im się powiodło, czy nie. Ich wysiłek nie poszedł na marne, bo tamtego dnia bezwiednie uratowali mi życie, pewnie tak samo jak dziesiątkom innych, którzy z jakiegoś powodu przetrwali ten pogrom. – Raf wykończył butelkę wina i spojrzał raz jeszcze w gwiazdy na słonecznym niebie, które już powoli blakły.
- Amir, – zaczął Az – ale wino to ty robisz chujowe.
- Aj – przytaknęli tylko Martin z Rafem.
- Już nic nie widać – zauważył Amir, który widocznie nie słuchał, co mówi reszta.
Wszyscy westchnęli i spojrzeli się po sobie. W końcu balkon opustoszał a każdy wrócił do swoich zajęć. Tylko Raf został na posterunku. Jednak nie patrzył się na horyzont jak miał w zwyczaju. Nie mógł oderwać wzroku od pobojowiska przed bramą.
Sesja XI
Następne dni mijały leniwie. Martin próbował zrozumieć tajniki pirokinezy, poddając Aza coraz to wymyślniejszym testom i eksperymentom. Amir błąkał się po swoim laboratorium, wynajdując w kółko na nowo te same mikstury, o których istnieniu następnie zapominał. A Raf pochował członków gangu w płytkich, bezimiennych grobach, poczym rozpoczął przygotowania do alchemicznego rytuału. Przez te parę dni czas zdawał się zastygnąć. Jednak w końcu nadszedł dzień Rafa, dzień, w którym miał zatańczyć ze swoimi demonami.
Wszystko było przygotowane. Głęboko pod ziemią, w starych magazynach Lonsdale, Raf zebrał cały niezbędny sprzęt alchemiczny i był gotów do tańca. Rozpoczął się żmudny proces mieszania, odcedzania i podgrzewania składników. Po paru godzinach wszystko było prawie gotowe, pozostało tylko dodać wyciąg z ciała migdałowatego, które wcześniej roztarł na maź i podgrzewał. Pierwsza fiolka była gotowa. Bez zastanowienia wypił ją. Substancja jeszcze wrzała, ale był zbyt podekscytowany, żeby czuć ból. W mgnieniu oka demoniczna ciecz wdarła się w jego krwiobieg, potem rozlała się po tkankach i komórkach, zatruwając wszystko błogim otępieniem. Choć nie było tego widać, to czuł jak coś wewnątrz niego się dzieje, powoli poddawał się substancji. Jego cały organizm stopniowo przestawał podlegać jakimkolwiek prawom. Jego siła fizyczna nie zależała już od wielkości mięśni. Jego masa przestała być zależna od ilości asymilowanego pokarmu. Jego odporność przestała być zależna od ilości białych krwinek. Jego refleks przestał być zależny od grubości otoczki mielinowej wokół nerwów. Aż w końcu doszło do ostatecznej przemiany i zrozumiał, że on sam przestał być zależny od własnego łańcucha DNA. W końcu osiągnął to, co nie jest dane nikomu, osiągnął maksymalną wolność, uwolnił się od samego siebie, od ograniczeń stawianych mu przez własny organizm, przez podstawowe prawa fizyki, chemii i natury. Jego przemiana stała się kompletna.
Jednak, gdy to zrozumiał, pojawiło się coś jeszcze. Podszepty, głosy. Jedne błagały, drugie prosiły, jeszcze inne krzyczały i rozkazywały, ale treść była ta sama: „Jeszcze!!!”, „Więcej!”. I tak w kółko na zmianę, jedne przekrzykiwały inne. Jego własne demony, zbyt podniecone, że wreszcie ktoś je słyszy, na początku chaotycznie, ale potem coraz płynniej i równo: „TAŃCZ, TAŃCZ, TAŃCZ!!!”. Dopingowały go. A on tańczył, tworząc kolejne mikstury, tym razem szybciej, znacznie szybciej, bo wszystko robiło się samo, jedynie z jego woli. A on tańczył w ciemności, własnej duszy. Lekkomyślny głupiec, pozwalał na to, by głosy były coraz głośniejsze, coraz bliższe. W końcu zaczęły przebijać się przez materię. Przez kamienne ściany, posadzkę, powietrze, przez niego samego. A za głosami gardła, z których one dochodziły. Groteskowe, powykręcane istoty, każda pokryta tysiącami twarzy męczenników nawołujących do tańca. Wkrótce całe pomieszczenie po sam sufit zapleniło się kreaturami, które w obskurnym ścisku dygotały w rytm krzyków tysiąca oplutych i umęczonych twarzy. A w samym środku, ściśnięty pomiędzy wijącymi się, sinym językami demonów i uniesiony przez stos ich ciał, Raf tańczył obłąkańczo, opróżniając kolejne fiolki podawane mu przez demony.
Tymczasem Az już biegł na złamanie karku w kierunku jeszcze stłumionych okrzyków. Przez plecy miał przewieszony SPAS-12, a w kaburach na pasie czaiły się dwa sześciostrzałowce. Po drodze zobaczył tylko konsolę interkomu. „Amir! Martin! Zbrójcie się! Jesteśmy atakowani!”, wykrzyczał, ale nie miał czasu, żeby czekać na odpowiedź. Biegł dalej krętymi korytarzami na spotkanie z siłą, która go wielokrotnie przerastała. Wkrótce z mroku przed sobą ujrzał tysiące małych ślepi, cisnących się w wąskim przejściu w jego stronę. Zamarł. Jego zgrabiałe palce zacisnęły się na sześciostrzałowcach, jednak nie był w stanie ich wyciągnąć. Pokraczna masa była coraz bliżej. Jęki i pokrzykiwania wwiercały się w tył jego głowy. Słyszał jak kolejne cegły kruszą się pod naporem pazurów i nagich mięśni. Czuł smród dobiegający z miliona wypalonych gardeł. Wiedział, że gdzieś w tej splątanej masie groteskowych ciał czeka miejsce przeznaczone dla niego.
„Azzzzzzzz….z nami jest twoje miejsce…zapracowałeś na nie…Azzzzzzz…jesteśmy twoją nagrodą…”, odbijało się echem w jego głowie. I wtedy pojawiło się coś jeszcze. Coś, co przeszyło cały demoniczny zgrzyt: „Uciekaj na dach”. I tak zrobił. Obrócił się na pięcie i zaczął biec ile sił w nogach. Widział kątem oka jak szponiaste kończyny sięgają w jego kierunku.
W końcu wybiegł po schodach na główny hall. Wtedy pierwszy raz w Lonsdale podłoga zadrżała. Mozaika po środku hallu zaczęła pękać, aż w końcu eksplodowała, a z krateru wyłoniła się wijąca masa, która po chwili rozbiła się na setki pojedynczych poczwar, skutecznie zagradzających mu drogę ucieczki. Krótki impuls wystarczył. Az sięgnął po sześciostrzałowce, kiedy demony runęły na niego. Pierwszy strzał, pierwszy potwór padł dygocąc. Drugi, padł kolejny. Az skoczył na poręcz, demony leciały na niego z sufitu jak jesienne liście. Dwa kolejne strzały, kolejne trupy. Szpony jednego go dopadły. To zaledwie draśnięcie po żebrach. Kłucie bólu i ogień gniewu w oczach. Wybicie. Unik. I już dryfował w powietrzu nad kraterem, otoczony przez chmarę poczwar. Kolejne wystrzały i kolejne truchła spadały w dół bezwładnie. Wszystko spokojnie, z umiarem. Już sięgał drugiego końca przepaści, gdy jedna z bestii, całkowicie pokryta pękającymi czyrakami, runęła na niego z góry. Kolejna kula miała już opuścić magazynek z dedykacją dla demonicznego miotu, jednak zamiast wystrzału – zgrzyt. Demon runął na niego z całym impetem, spychając go do nowopowstałego krateru. Potem cała chmara skoczyła za spadającym Azem. Wylądował obok generatora mocy. Jedna myśl: „Oby tego nie zniszczyć”. Jedna myśl wystarczyła i chmara runęła na generator. Az wzbił się i, po unoszących się kreaturach, wspiął się znów na poziom hallu. Ledwie postawił nagą stopę na posadce, a dobiegła go eksplozja, dochodząca z dołu.
Wybuch generatora wstrząsnął fundamentami gmachu Lonsdale. Stare, zmęczone mury zadrżały, a kolejne cegły zaczęły wystrzeliwać jak z procy pod naporem gnącego się tytanu. Jedna ze ścian posterunku obsunęła się odsłaniając wnętrze pojedynczych pokoi i sal. Jednak to nie było największą katastrofą, spowodowaną przez wybuch generatora.
Flower Maiden otworzyła oczy, klęcząc w swojej komnacie. Wyjrzała przez kraty w okienku i zobaczyła czarną chmurę na horyzoncie. Teraz nie chroniło jej nic, poza ścianą i paroma działkami na awaryjnym zasilaniu.
Eksplozja dała trochę czasu Azowi. Jednak po chwili z krateru zaczęły wyskakiwać kolejne szkarady w pogoni za zwierzyną. Ściana Lonsdale zaczęła się obsuwać, gdy wbiegał po kręconych schodach. Wkrótce przez coraz szerszą szczelinę zaczęły wlatywać promienie słoneczne, przez które cień Aza znienacka pojawiał się i ginął na drżących ścianach. Jednak Az nie zważał na to i biegł przed siebie, patrząc jak połowa budynku przemienia się w ruinę. W końcu natrafił na ufortyfikowanych Amira i Martina.
- Biegniemy na dach, szybko! – Rzucił Az, nie zatrzymując się.
I nie zastanawiając się, tak zrobili. W końcu dotarli, gdzie chcieli, ścigani przez moc nie z tej ziemi. Tutaj, na krawędzi ze wschodnią ścianą, rozpoczęli ogień zaporowy. Kolejne demony wypełzały z gruzu albo wystrzeliwały spod podłogi, rozrzucając przy tym strop na wszystkie strony. Jednak po kilku chwilach ich podziurawione ciała spadały z powrotem w czeluść, dygocąc. Nie zostało wiele amunicji. Prędzej czy później będą zgubieni. I wtedy cała trójka zobaczyła to, co wcześniej nie przykuwało ich specjalnej uwagi. Czarna chmura kifów zbliżała się z zastraszającą prędkością w stronę wschodniej ściany. Dokładnie za ich plecami. Z przodu natomiast demony napierały coraz mocniej, coraz bardziej nieubłaganie.
- Wspólnie jesteśmy zbyt łatwym celem – powiedział Az. – Weźmy ich w ogień krzyżowy.
Amir i Martin przytaknęli, i cała trójka rozpierzchła się po niestabilnych ruinach dachu.
Amir sięgnął za kamizelkę i wyciągnął strzykawkę pneumatyczną. Wstrzyknął w siebie tajemniczy preparat. A potem kolejną i kolejną. Czas zwolnił. Prawie stanął w miejscu, ale nie dla niego. Słyszał tylko swoje serce, które biło, jakby miało zaraz eksplodować. Wyjął ostatnią strzykawkę, zawahał się, ale w końcu wstrzyknął. Mutagen wdarł się do organizmu, niemalże rozdzierając jego ciało. Zachwiał się. Jednak tylko na moment. Potem podskoczył i…zawisł w powietrzu. Wytężył całą swoją wolę, żeby spaść. I spadł, rozgniatając przy tym truchło jednego z demonów. Spojrzał na zastygły wir obskurnych kreatur, wyłaniający się z trzewi Lonsdale. I skoczył w tamtą stronę. Balansując po kolejnych ciałach, uderzał inne z całym impetem, łamiąc im kości i rozdzierając tkankę gołymi pięściami.
- Co do… - Az nie mógł uwierzyć, nie był w stanie wychwycić postaci Amira, jednak widział, jakie żniwo za sobą zostawia.
Na Martina też nie trzeba było długo czekać. Siłą woli skonfigurował sobie własny organizm na maksimum wydajności i wtedy mechaniczne ręce rozłamały mu się. Wymierzył i wystrzelił z nich promień czystej energii. Zaparł się mechanicznymi nogami o bruk, w który wbił się po chwili pod naporem odrzutu. Jednak promień nie znikał ani nie malał. Woził nim tylko po niebie, rozplatając kolejne kreatury, które mimo to szarżowały bez końca.
I tak na dwóch skrzydłach walczyli dwaj bracia, udowadniając sobie nawzajem, że ścieżki, które sobie obrali, choć różne, są tak samo skuteczne. A w środku, główna fala demonów runęła na Aza. Jednak on już wrócił do siebie. Już było gotowy. Ogień w jego oczach zgasł, a zagościła w nich matowa ciemność. Sięgnął po shotguna. Pierwszy żądny krwi pocisk wystrzelił z lufy i w mgnieniu oka zagłębił się w ciepłym ciele demona, w następnej eksplodował z radości masakry, jaką może nieść i eksplodował na miliony takich samych miniaturowych pocisków, których przeznaczeniem na pewno nie jest chybienie. Rozpryskowa amunicja okazała się nieoceniona. Kolejne zastępy demonów padały, powykręcane groteskowo. Szpony jednego znów go dopadły. Shotgun upadł na posadzkę wraz z jego przedramieniem. Jednak teraz to nie miało znaczenia. Po chwili stracona kończyna wróciła na swoje miejsce, a on sam poczuł, że stał się silniejszy. Już nie potrzebował broni. Teraz czerpał z demonicznej energii naokoło i płatał piekielne kreatury gołymi rękami. Bez wysiłku i powoli. Stał w miejscu a stos ciał wokół niego narastał stopniowo.
Chmura kifów była niebezpiecznie blisko. Flower Maiden powstała i powoli zaczęła zbliżać się w stronę krat.
Tryumf trzech walczących długo nie trwał. Az był w stanie walczyć z demonami, gdy były rozproszone na trzy grupy. Jednak po niedługim czasie organizm Amira przestał wyrabiać i on sam padł w końcu nieprzytomny między powykręcane ciała. I Martin opadł z sił, i osunął się na kolana wycieńczony. Demony jednak nie próbowały ich dobić. Zamiast tego trzy fale złączyły się i runęły na Aza, przewracając go w końcu na ziemię.
Przez gęstwinę wykrzywionych twarzy i pazurów rozdzierających jego ciało, przebijało się od czasu do czasu słońce. Na jego tle jednak pojawiło się coś jeszcze. Skrzydlate istoty stępujące z niebios, które otworzyły ogień, chroniąc Aza od kolejnych ran. „Anioły uchronią nas przed demonami”, pomyślał Az i chciał zemdleć, ale zamiast tego jego ciało zaczęło się zrastać. Wtedy padły też kolejne strzały gdzieś z boku. Pierwszy rozerwał kilkanaście poczwar tuż nad nim. Obrócił głowę i zobaczył albinosa dzierżącego karabin wcześniej przymocowany do balkonu.
Droga Rafa
Po wygranej batalii powietrznej, która trwała parę chwil, skrzydlate istoty zleciały na dach budynku. W tym samym momencie kify uderzyły we wschodnią ścianę Lonsdale. Tysiące przerośniętych owadów, opętanych zapachem Flower Maiden, runęło, rozdrapując cegły, aż do warstwy tytanu, która prędzej czy później też padnie pod ich naporem. Nieliczne działka strzelały jak oszalałe, a kolejne ciała spadały z nieba niczym grad. Az zaczął biec w stronę wschodniego gzymsu, jednak już po chwili zrozumiał, że zagrożenie ze strony owadów znikło, kiedy jedna ze skrzydlatych postaci aktywowała przycisk w swoim skafandrze, który prawdopodobnie spowodował wysłanie impulsu dźwiękowego skutecznie płoszącego owady.
Sylwetki skrzydlatych istot iskrzyły majestatycznie w blasku palącego słońca. Az mrużył oczy, nie wierząc do końca w to, co widzi. Jedna z istot zaczęła się zbliżać, gdy pozostałe, nieruchomo, stały niewzruszone. Az, Martin i Amir nawet nie drgnęli skonfundowani. Raf natomiast oparł karabin o bark i spokojnym krokiem zaczął iść w stronę skrzydlatej postaci. W końcu niewyraźne kontury ustąpiły miejsca detalom a wspaniałe anioły stały się ludźmi w futurystycznych skafandrach z jetpackami na plecach i aluminiowymi równoważnikami w kształcie skrzydeł.
- Cdaka, kapitan Siódmego Legionu Niebiańskich zastępów, melduję się. – Przybysz zwrócił się do Rafa, a ten mu tylko zasalutował. – Oficjalnie melduję, że eksperyment numer DE223NX, znany pod kryptonimem Lonsdale, zakończył się sukcesem. Cała załoga ma teraz wstęp do Arki. Sztab wam gratuluje żołnierzu, szczególnie, że udało wam się nie tylko przetrwać ostateczny test, ale i zmusić podmiot do obrony posterunku.
- Arki? Eksperyment? O czym ty mówisz? – Wtrącił Az, a w międzyczasie Martin i Amir zaczęli zbliżać się do rozmawiających.
- A ty… - zwrócił się do Aza – ty odniosłeś porażkę, wygląda na to, że będziemy musieli popracować nad udoskonaleniem kolejnej wersji Jeźdźcy Apokalipsy.
- O czym ty… - Az dalej niewiele rozumiał. Tymczasem Martin i Amir również zaczęli wsłuchiwać się w rozmowę.
- Arka – Raf mu przerwał – to podniebne miasto, w którym mieszkają tylko wybrani przez bardzo skrupulatną selekcję. Samice i samce ALFA, żadnych słabych genotypów, żadnych chorób, a ludzie tam werbowani są z powierzchni ziemi, która stała się polem testów. Takie posterunki jak ten są rozsiane po całym świecie. Ich mieszkańcy mają różne warunki życia, inne zagrożenia na nich czyhają i tak dalej, i tak dalej, jednak łączy je wszystkie jedno, ty… – wskazał na Aza, – jeżeli przetrwają twoje przybycie, mają dostęp do podniebnego miasta.
- Tylko wam się udało – zauważył Az.
- Cały czas o tym wiedziałeś? Od samego początku? – Martin nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.
- Oczywiście, że wiedział – przerwał Cdaka – potrzebowaliśmy kogoś takiego jak on, mutanta zdolnego kontrolować eksperyment przez czas znacznie dłuższy niż byłoby to osiągalne w przypadku zwykłego człowieka.
- Raf…kim…czym ty jesteś? Jak mogłeś oszukiwać nas, naszych rodziców i dziadków przez te wszystkie lata? – Martin nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Jednak Raf milczał.
- A Flower Maiden? Jaka jest jej rola? – Zapytał w końcu Amir.
- Ideał, cel, nadzieja, sens…to są jej role, jej obecność pozwalała eksperymentom w każdym z posterunków trwać, aż do momentu przybycia Jeźdźcy. A ten zawsze znajdywał kolejne posterunki właśnie dzięki jej obecności, ponieważ jej ostatnią rolą jest bycie najzwyklejszym wabikiem. Jej aromat przyciągnął tego tutaj – skinął na Aza – do was. Jednak ona i jej podobne nie są niezbędne do przetrwania ludzkości, są po prostu błędem w ewolucji, nowopowstałym gatunkiem, który okazał się zbędny, ponieważ syntetyczna produkcja tlenu jest o wiele bardziej wydajna niż naturalna. A teraz dość tych rozmów, rozkazy nakazują mi zlikwidowanie malfunkcyjnego Jeźdźca Apokalipsy oraz zabranie załogi Lonsdale z powrotem na Arkę. – Cdaka sięgnął po pilot, kiedy Raf się odezwał.
- Na mocy danych mi przywilejów mianuję Aza moim zastępcą na czas mojej nieobecności. Z dniem dzisiejszym obowiązek strzeżenia posterunku Lonsdale przypada jego osobie. – Raf zmienił teraz ton na mniej formalny – kapitanie, nie ma pan prawa zabić kogokolwiek z załogi posterunku.
Az był zbyt zdezorientowany, żeby powiedzieć cokolwiek. Nie był pewny czy Cdaka stwarzał choćby minimalne zagrożenie dla jego osoby, ale mimo wszystko nie mógł uwierzyć, że, przynajmniej teoretycznie, Raf właśnie uratował mu życie. Co więcej, wiedział jednak, że to nie z sympatii czy litości, jedyny powód jaki dla tego widział to odkupienie win.
Kciuk kapitana zawisł nieruchomo nad przyciskiem pilota. Cdaka jak i wszyscy mieszkańcy Arki byli poddani prawom i przez nie zniewoleni. Dzięki temu łatwiej ich było kontrolować, ale i łatwiej było im żyć bez zbędnych konfliktów, niedomówień i zbrodni. Raf doskonale znał naturę tych ludzi, dlatego nie miał wątpliwości, co do tego, co zaraz się stanie.
- Żołnierzu, – powiedział kapitan Cdaka do Aza, chowając pilot – wypełniaj swoje obowiązki godnie. Powodzenia. – Teraz zwrócił się do trzech pozostałych – Czas ruszać.
Dwóch skrzydlatych żołnierzy rozstawiło naprzeciwko siebie na trójnogach trzymetrowe pręty, wewnątrz których zdawała się przepływać wiązka energii. Kiedy je uruchomili, energia z dwóch tub uwolniła się, tworząc między prętami bramę – portal. Raf zbliżył się do wejścia, jednak obydwaj bracia nie ruszyli się z miejsca. Mimo tylu wspólnie spędzonych lat, po tym, co się stało, nie było miejsca na choćby najchłodniejsze z pożegnań. Trzech ostatnich z dywizji Lonsdale wymieniło się spojrzeniami i Raf przeszedł przez bramę w towarzystwie skrzydlatych żołnierzy.
Wkrótce energia między dwoma prętami wygasła, zamykając bramę. Jednak w tym momencie Amir i Martin już opuszczali Lonsdale, kierując się na wschód.
Az wpatrywał się w horyzont na dwie oddalające się kropki. Teraz już wiedział, że to nie było odkupienie win. Raf chciał, żeby misja jego i jego kompanów nie zakończyła się porażką, żeby wszystko to, co uczynili, nie poszło na marne. Raf chciał jedynie, żeby ktoś bronił Flower Maiden.
Az zszedł do garażu, który teraz był bez jednej ściany i z oberwaną połową sufitu. Położył się na kozetce na środku pokoju. Jedna jedyna jarzeniówka, która przetrwała, teraz zawieszona na samych kablach, zamrugała - awaryjny generator zaczął chodzić. Nagie, tytanowe krokwie zdawały się z trudnością utrzymywać resztkę stropu przed zawaleniem, jednak to nie nurtowało Aza. Zamknął oczy i poczuł jak spokój i ciepło rozlewa się wewnątrz jego ciała. Zasnął.
Śnił o tym jak świat powoli się odradza. Jak Raf podąża jego ścieżką. Jak Arka upada i tonie w ogniu. Jak ciała migdałowate obydwu braci nie idą na marne, wbrew ich woli. Jak w końcu kify przestają nawiedzać Lonsdale. Jak wieżyczki wokół przestają działać, zapchane mchem i chwastami. Jak ściany powoli kruszą się pod naporem gęstwiny bluszczy i winorośli. Jak pyłki dmuchawców dryfują na wietrze.
W końcu otworzył oczy i w pierwszej chwili myślał, że obudził się w jednym z własnych snów, ponieważ ujrzał ciemność. Ciemności tej towarzyszyło delikatne stukanie i chłodne podmuchy wiatru, który mruczał w szczelinach zrujnowanych murów. Zeskoczył z kozetki na równe nogi. Usłyszał plusk i poczuł na stopach wilgoć. Spojrzał w dół na błotnistą kałuże, w której stał. Spojrzał w górę i patrzył jak krople deszczu dryfują wzdłuż zakrzywionych krokwi, aż w końcu skaczą w przepaść. Ilość nowych doznać bombardowała każdy ze zmysłów. Szedł powoli jak w amoku, dotykając dłońmi warstwy wilgotnych porostów na umęczonych ścianach posterunku Lonsdale. Czuł w płucach rześkie powietrze.
Po krótkim spacerze przez cmentarz wieżyczek stanął przed wschodnią ścianą. Flower Maiden zbliżyła się do okienka i sięgnęła rękami w kierunku Aza. Pojedyncze cegły zaczęły odłączać się od zaprawy im bliżej Az znajdował się ściany. Po chwili dzieliła ich jedynie naga tytanowa płyta, która zaczęła się rozwarstwiać i łuszczyć, a następnie dryfować w towarzystwie cegieł na wszystkie strony. Wkrótce Az i Flower Maiden stanęli naprzeciw siebie. Wtulili się w siebie z całych sił tak, że nawet spływające po ich ciałach krople deszczu, nie były w stanie przecisnąć się pomiędzy nimi.
„Nasza miłość jest jedyną prawdziwą, bo oboje potrzebowaliśmy więcej niż jednego życia, żeby w końcu ją spełnić.” Powiedziała Flower Maiden, po czym razem wyruszyli na najdłuższy spacer po dziwnie opustoszałym świecie.
Jedynie gdzieś po drugiej stronie globu, przez pustynię wiecznego lodu przedzierał się mroczny wędrowiec. Nie zważał na purpurę swojego niegdyś bladego ciała, teraz smaganego przez mroźne wiatry i śnieżyce. Liczył tylko, że mróz uchroni go przed ścigającymi demonami i ostudzi ogień płonący w jego żyłach.
Droga Flower Maiden
Po wygranej batalii powietrznej, która trwała parę chwil, skrzydlate istoty zleciały na dach budynku. W tym samym momencie kify uderzyły we wschodnią ścianę Lonsdale. Tysiące przerośniętych owadów, opętanych zapachem Flower Maiden, runęło, rozdrapując cegły, aż do warstwy tytanu, która prędzej czy później też padnie pod ich naporem. Nieliczne działka strzelały jak oszalałe a kolejne ciała spadały z nieba niczym grad. Az zaczął biec w stronę wschodniego gzymsu, jednak skrzydlate figury stanęły mu na drodze.
I wtedy Flower Maiden ujrzała bieg wydarzeń. Zobaczyła, że jej szczęście, jej wolność będą musiały zostać opłacone kosztem nowo-kiełkującej ludzkości. Zobaczyła podniebne miasto tonące w płomieniach. Zobaczyła zgliszcza i nagie szkielety ginące w gęstwinie zieleni. Zobaczyła deszczową noc i Aza w swych ramionach. Zobaczyła lodowe pustkowie i ostatniego człowieka wędrującego po jego środku, i rubinową łunę na horyzoncie za jego plecami.
Powstała, ciągnąc za sobą suknię z lilii wodnych. W tym momencie Az powstał spod sterty demonów. Podeszła do krat, za którymi piętrzyły się kify. Az zrobił pierwszy krok w stronę wschodniego gzymsu. Chwyciła kraty. Az nabrał rozbiegu. I rozdarła tytanową ścianę na dwoje, tym samym wpuszczając kify do wewnątrz. Podekscytowane owady runęły na nią, rozszarpując jej ciało.
Pęknięcie tytanowej ściany natomiast sprawiło, że dach zadrżał, a w następnej chwili cała wschodnia ściana runęła w dół, zabierając ze sobą wszystkich, będących na dachu. Az skoczył w dół a spadając sprawiał, że wszystkie kify wokoło niego umierały z jakiegoś powodu i po krótkiej chwili owady zrozumiały, że muszą trzymać się od niego z daleka.
Chmara kifów rozpierzchła się na cztery strony świata, niosąc na swoich kończynach i odwłokach pyłek Flower Maiden, dający kruchą nadzieję naturze na odrodzenie. Runął na ziemię tuż obok nowopowstałej szczeliny w towarzystwie tuzina zwłok tych zabójczych owadów. Wszedł do sześciennego, klaustrofobicznego pokoiku o ścianach porośniętych mchem i pnączami. Na środku, w płytkiej wodzie, otoczona liliami, leżała nieruchomo Flower Maiden. Jej ciało było pełne głębokich ran, z których sączyła się zielonkawa substancja. Az uklęknął przy niej, podniósł ją delikatnie i odsłonił grzywkę by spojrzeć jej w oczy. Strumień błękitnych łez spływał w dół jej policzków. Otworzyła powieki i spojrzała na Aza pełna miłości i ciepła. Pogładziła go dłonią po karku, uśmiechnęła się delikatnie, jakby do samej siebie. „Cóż może zmienić naturę człowieka?”, wyszeptała i zrozumiała. Zrozumiała coś, czego Az nigdy nie będzie w stanie.
Az położył martwą Flower Maiden i wyszedł znów na zewnątrz. Tam zobaczył wspartego o karabin Rafa i przetrzebiony oddział skrzydlatych istot, które okazały się żołnierzami w futurystycznych uniformach z jetpackami na plecach i aluminiowymi równoważnikami w kształcie skrzydeł.
- …Moje kondolencje z powodu tej straty, mimo to jednak gratuluję przejścia ostatecznego testu… - Akurat jeden z nich rozmawiał z Rafem, kiedy Az się pojawił.
- O czym ty mówisz? – Wtrącił Az.
- To nie ma już znaczenia Jeźdźcu Apokalipsy, twój model okazał się nie być stu procentowo skuteczny, a moim zadaniem jest likwidacja malfunkcyjnej jednostki. – Mówiąc to, skrzydlaty kapitan wyciągnął pilot z uniformu i kciuk zawisł mu tuż nad jedynym przyciskiem na owym pilocie.
- Nieskuteczny? – Az przechylił się lekko do tyłu, a uważny obserwator zauważyłby, że delikatne smugi cienia zaczęły krążyć wokół niego. – Flower Maiden nie żyje, a wkrótce w jej ślady pójdzie cały gatunek ludzki.
- Az, – kapitan zdawał się rozkoszować tą chwilą – bo tak siebie nazywasz, nie będzie żadnego upadku ludzkości, a twoja „misja” została laboratoryjnie zaprojektowana tak jak twoja cała egzystencja. My cię stworzyliśmy i tylko my możemy cię zniszczyć. – Mówiąc to wcisnął guzik pilota. Po chwili konsternacji wszyscy zauważyli, że nie przyniosło to żadnego efektu.
Az zaczął powoli zbliżać się do skrzydlatych żołnierzy, a cienie wirujące wokół niego zaczęły robić się coraz bardziej wyraźne.
- Jestem jednym z Jeźdźców Apokalipsy. – Skrzydlaci żołnierze zrobili krok do tyłu - Zrodzonym na łonie martwych ciał, wychowanym przez Nienawiść i Winę, Wojnę i Pogardę, Żal i Samotność, umarłym za życia, waszym przekleństwem i ratunkiem. – Uformowali szyk obronny i wymierzyli lufy karabinów w stronę Aza - Jestem ostatnim przeraźliwym wrzaskiem gwałconej Matki Ziemi, jestem dopełnieniem niespełnionej Apokalipsy, jedynym celem mej egzystencji jest całkowita anihilacja kiełkującej na nowo rasy ludzi. – Kapitan krzyknął „Stój!” łamiącym się głosem - Wiem, że osiągnę sukces, ponieważ jestem jednym z praw natury. – Wtedy diaboliczny uśmiech przeszył jego twarz – A może powinienem powiedzieć: „my jesteśmy” – i rzucił okiem na Rafa.
Oddział otworzył ogień w momencie, gdy prawa ręka Aza zapłonęła. Kolejne pociski i wiązki laserowe ginęły gdzieś w tarczy cieni, którą Az był teraz otoczony. Strzały ustały w mgnieniu oka, a ich miejsce zastąpiły opętańcze krzyki, albowiem Az zapewnił skrzydlatym żołnierzom wyjątkowo bolesną śmierć. Sprawił, że powietrze naokoło nich zaczęło się podgrzewać, najpierw parząc powierzchnie ich skóry i topiąc ich pancerze, aż w końcu stopniowo doprowadzając do wrzenia białek w oczach i krwi w żyłach, i ostatecznie sprawiając, że została po nich jedynie garść popiołu.
Dopiero teraz zobaczył martwe ciała Amira i Martina przygniecione gruzem. Odwrócił się i zobaczył Rafa, ustawiającego dwa pręty na trójnogach naprzeciw siebie. Niedaleko leżał jego SPAS-12 wystający spomiędzy zwłok kifów. Sięgnął po niego w milczeniu i włożył do kabury na plecach. W tym czasie wiązka energii przepłynęła pomiędzy dwoma prętami, tworząc bramę. Raf opowiedział Azowi pokrótce o eksperymencie, ostatecznej próbie i podniebnym mieście zwanym Arką.
-…Ten portal prowadzi do Arki – skończył Raf.
- Jakie to ironiczne, idziemy w stronę nieba, żeby wykończyć największych spośród demonów, a i tak wylądujemy w piekle wraz z nimi. – Powiedział Az i przeszli przez portal.
„Apokalipsa była próbą, testem dla gatunku ludzkiego. Przetrwali ją najsilniejsze i najlepiej przystosowane osobniki. Jednak nie oznacza to, że przetrwali ją ci, co na życie zasłużyli...wręcz przeciwnie. Obydwie wojny światowe działały na tej samej zasadzie, degenerując ludzkość. Chyba człowiek już niżej nie może upaść, chociaż za każdym razem jak tak myślałem, okazywało się, że byłem w błędzie. Jeźdźcy Apokalipsy, zakończmy to raz na zawsze, sprawmy, żeby ludzkość ostatecznie sięgnęła dna własnej mogiły!” –
Tekst ze stronicy znalezionej na wraku Arki.
Dla Flower Maiden
Ariel Wielgus
20 lat
Autor: Ariel
Serdecznie dziękujemy za przesłany tekst.
- Zaloguj się, by odpowiadać